Jakiś czas temu pisałam o sposobie liczenia kosztów utrzymania dziecka, polecałam przy okazji arkusz kalkulacyjny. No to po co jeszcze raz o tym samym? Ha! To dalej sprawia trudności. Postaram się więc udzielić nieco praktycznych rad. Po pierwsze z arkusza kalkulacyjnego wychodzą ZAWYŻONE koszty na dziecko. Nadal uważam, że jest to pomoc przy rozważaniu wydatków, ale trzeba koniecznie podejść do tego z dużą dozą krytycyzmu. Poniższe uwagi na pewno nie wyczerpują tematu, ale nasunęły mi się w pierwszej kolejności.
Ołówek i kartka.
To punkt wyjścia przy ustaleniu miesięcznych kosztów utrzymania dziecka. Co uwzględniać (arkusz kalkulacyjny pokazuje nawet więcej niż trzeba)? Wyżywienie (warto przyjąć dzienną średnią stawkę żywieniową i przemnożyć to przez 30), ubranie (część wydatków dokonuje się w skali kilku miesięcy, czy roku – należy takie wydatki uśrednić, czyli podzielić przez ilość miesięcy np. 3, czy 12), środki czystości, rozrywka, zabawki, wyjazdy wakacyjne itp.
Zarobki rodziców
Trzeba pomyśleć, ile zarabia (lub ile mogłaby zarabiać, gdyby wykorzystywała swoje możliwości) osoba zobowiązana do alimentacji. Od zarobków trzeba odjąć konieczne koszty ponoszone przez tą osobę i dopiero wtedy możemy szacować, jaka kwota jest do dyspozycji na alimenty.
Po pierwsze nie można brać pod uwagę wydatków, których się nie dokonuje, ale bardzo by się chciało. Nie i jeszcze raz nie! Sąd nie uwzględni planów na przyszłość (można marzyć, że się zapisze pociechę na francuski, ale cóż, pomarzyć zawsze można). Ostatnio usłyszałam, że żądana kwota alimentów obejmuje wydatki, które matka chciałaby robić. Niestety musimy twardo stąpać po ziemi w codziennym życiu. To samo dotyczy rzeczywistości sądowej.
Czasem trzeba kupić coś większego, np. meble, rower, komputer, dywan itp. I tu znów pojawia się problem. Skoro się już kupiło, a nie są to wydatki regularne, to nie można ich zaliczyć do bieżących wydatków, a co za tym idzie – alimentów. Co wtedy robić – przeczytasz tu.
Równa stopa życiowa dziecka i rodziców
Żyjemy w czasach, gdy nie stanowi problemu wydawanie dużych kwot na dziecko, ale… nie każdego na to stać. Jeżeli rodzice żyją skromnie, to i dziecko ma (musi) żyć skromnie. Jeżeli rodzice jadają w restauracjach, kupują ciuchy w drogich markowych sklepach, to i dziecko ma do tego prawo. Dostosujmy nasze oczekiwania alimentacyjne do naszej stopy życiowej. Rozumiem, że chce się, żeby dziecku było lepiej, ale nie zawsze jest to możliwe.
Zdrowy rozsądek
Niejednokrotnie widzę w sądzie żądania oderwane od rzeczywistości. Jeżeli z wyliczeń (np. na podstawie wskazanego przeze mnie arkusza kalkulacyjnego) koszt dziecka przerasta zarobki rodziców, albo przynajmniej przewyższa znacznie koszt utrzymania pozostałych członków rodziny, to – o ile nie jest to uzasadnione wyjątkową sytuacją dziecka (np. chorobą) – powinno skłonić żądającego alimentów do refleksji. Sędziowie potrafią liczyć. Jeżeli dodawanie da wynik wyższy od sum dostępnych dla rodziców razem wziętych (przykładowo), to jaki z tego wniosek? Bardzo prosty – rodzic żądający pieniędzy jest niewiarygodny i sąd kieruje się wyłącznie zasadami doświadczenia życiowego.
Zdaję sobie sprawę, że liczenie kosztów utrzymania dziecka nie jest łatwe. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby ktoś potrafił odpowiedzieć na moje pytanie o miesięczne wydatki na dziecko „z marszu”. O.k. To naturalne. Ale licząc myślmy o realiach, bo sąd wydając wyrok na pewno będzie o tym myślał.