Pozew złożony, decyzja podjęta i po jakimś czasie … chcemy zmienić zdanie.
Można? Można.
Co więcej, można zmienić zdanie w każdym momencie trwania postępowania. Sąd jest związany za każdym razem ostatnim stanowiskiem procesowym. Mówiąc obrazowo, można zmienić stanowisko kilka razy w czasie jednej rozprawy. Sąd z całą pewnością nie będzie zadowolony i może nieładnie sobie o nas pomyśli, ale nie może powiedzieć, że to już ostatni raz i więcej oświadczeń o zmianie stanowiska nie przyjmie. Oczywiście nie namawiam nikogo do nadużywania uprawnień procesowych. Rozprawa to nie zabawa. Chcę tylko pokazać, że zmiana stanowiska to prawo strony i nie ma się czego obawiać, jeżeli zajdzie taka potrzeba.
Jeżeli porozumiemy się z małżonkiem – już po rozprawie – co do warunków rozwodu np., że jednak rozwodzimy się bez walki, bez orzekania o winie, to trzeba po prostu powiadomić o tym sąd. Teoretycznie można czekać z przekazaniem takiej informacji do rozprawy, ale wcześniejsza – przygotuje sąd, a czasem może nawet przyspieszyć termin rozprawy. Sąd z całą pewnością się ucieszy i nie będzie oczekiwał z wypiekami na twarzy na dowody winy małżonka, o co wcześniej wezwał stronę. Po prostu okoliczności się zmieniły i takie dowody nie są już potrzebne (a czasem są wręcz niewskazane, bo małżonek po przeczytaniu pisma na swój temat z całą gamą zarzutów może stracić zainteresowanie zgodnym rozwodem).
Dzisiaj króciótko, ale i tak „kradnę czas”.
Dziś nietypowo, bo niby o prawie, ale bardziej o mądrości życiowej i wyczuciu sytuacji.
Jakiś czas temu prowadziłam skomplikowaną sprawę rozwodową, w której jednym z poważniejszych problemów były relacje ojca z dzieckiem. A raczej ich brak. Rodzice, co wcale nie jest rzadkością w sparwach rozwodowych, byli bardzo skonfliktowani, na czym oczywiście najbardziej cierpiało dziecko. Sąd ustalił na czas trwania postępowania, na nasz wniosek, kontakty ojca z dzieckiem w obecności kuratora sądowego. Sprawozdania kuratora wykazały, że kontakty ojca z synem przebiegały prawidłowo, dziecko dobrze się czuło z tatą – generalnie wszystko było w porządku. Oprócz jednej kwestii – spięć między rodzicami przy przekazywaniu dziecka. Ze względu na to, że wszystko (prawie) było w porządku po jakimś czasie obie strony zawnioskowały o zwolnienie kuratora z obowiązku uczestniczenia w spotkaniach (przy okazji – za obecność kuratora płaci strona, lub obie strony) – tak się też stało.
Czas płynął i otrzymaliśmy opinię RODK, z której wynikało, że ojciec powinien mieć szerokie kontakty z dzieckiem, w tym z możliwością noclegów dziecka u ojca. W konsekwencji uzyskaliśmy zabezpieczenie kontaktów na czas trwania postępowania z noclegami dziecka u ojca. I co? I dopiero się zaczęło…
Kontakty przestały się odbywać regularnie, dziecko zaczęło się moczyć i zabrudzać kałem – po prostu tragedia. Nawet jeden nocleg nie odbył się zgodnie z postanowieniem sądu. Zdaniem matki winnym takiego stanu rzeczy był wyłącznie ojciec (nie będę przedstawiać mojej opinii na ten temat…). Właściwie, szczerze mówiąc, kontakty w ogóle przestały się odbywać.
Czy sprawa zakończyła się happy endem? O ile w ogóle można mówić o szczęśliwym zakończeniu w sprawie rozwodowej, to mój klient jednak wyszedł z tego impasu.
Jestem zwolenniczką porozumiewania się rodziców w sprawie dziecka. Rozpoczęłam – za zgodą klienta – negocjacje z pełnomocnikiem strony przeciwnej i zaproponowałam klientowi podjęcie próby rozmów z żoną. Nie spodziewałam się jednak aż takich efektów. Klient porozumiał się z żoną i ustalił wszystkie istotne dla rozwodu kwestie, a co najważniejsze uzgodnił kontakty z dzieckiem. Zrezygnował z noclegów syna, za to zaczął się w ogóle widzieć z dzieckiem.
Ktoś może powiedzieć, co to za sukces? Miał już noclegi, cofnął się do punktu wyjścia. To te tytułowe dwa kroki do przodu, pięć w tył.
Ja nie mam wątpliwości, że mój klient wykazał się ogromną życiową mądrością i miłością do dziecka. Życie to nie matematyka. Trzeba czasami umieć ustąpić trochę ze swojego prawa, żeby w przyszłości móc zajść jeszcze dalej. Kurczowe trzymanie się raz zdobytej pozycji nie zawsze musi wyjść na dobre. Oczywiście znam sytuacje, kiedy jedynie przymus, kary i egzekucja odnoszą jakiś skutek. Niestety – wiem o tym dobrze – nie zawsze jest z kim rozmawiać. Jednak dzięki elastycznej postawie mój klient znów zaczął spotykać się z synem (i to od ręki), co jest bezcenne.
Wschodni sąsiedzi mawiają: тише едешь, дальше будешь (wolne tłumaczenie: pokorne ciele dwie matki ssie) i to jest zasada, o której warto pamiętać w sprawach rodzinnych. Nie trzeba jej zawsze stosować, ale na pewno zawsze warto rozważyć.
Przyznam, że dopiero teraz przy okazji czytania zaległego artykułu w Spieglu (Spiegel nr 3 z 2016 r. – tak, pracowicie uczę się jęz. niemieckiego 🙂 ) dowiedziałam się, że Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy przyjęło rezolucję nr 2079 o tytule: Równość i wspólna władza rodzicielska: rola ojców (tekst w jęz. angielskim jest dostępny tu) Muszę uczciwie wskazać, że czujnością wykazali się autorzy strony nocotytato.org.pl, bo już 8. października 2015 r. umieścili na swojej stronie informację i tłumaczenie rezolucji na jęz. polski.
Rezolucja nie obowiązuje w sposób bezpośredni, ale wskazuje cele, do jakich Państwa będące członkami Rady Europy powinny dążyć. Można więc powiedzieć, że opieka naprzemienna jest docelowym modelem kształtowania kontaktów rodziców z dzieckiem w państwach – członkach Rady Europy.
Przyznam, że mój stosunek do opieki naprzemiennej jest wciąż niejednoznaczny. Jakiś czas temu uczestniczyłam w facebookowej dyskusji pod wpisem zachęcającym do podpisywania petycji w sprawie opieki naprzemiennej do Ministra Sprawiedliwości. Napisałam, że ja petycji nie podpiszę (i zdania nie zmieniłam) i – „wywołana do tablicy” – podałam moje wątpliwości. Dyskusja zakończyła się dla mnie w sposób chyba bardziej zaskakujący niż nieprzyjemny. Zostałam pośrednio oskarżona o to (jako osoba zaliczona, zresztą słusznie, do grona adwokatów w Polsce), że jestem przeciwna opiece naprzemiennej (nieprawda), bo w razie jej wprowadzenia przestanę zarabiać na pisaniu zażaleń i generalnie rzecz ujmując – na sporach między rodzicami. Trochę mnie to ubodło, bo staram się – właśnie jako adwokat (i mediator rodzinny) – promować rozwiązywanie sporów w sposób pokojowy. Natomiast zażalenia z finansowego punktu widzenia są dla mnie stratą, gdyż nie pobieram dodatkowego honorarium od każdego zażalenia, a jednak je składam, gdy trzeba 🙂 ).
Pomijając jednak moje osobiste odczucia odnośnie do opisanej konwersacji podsumuję kwestię opieki naprzemiennej tak. Co – moim zdaniem – przemawia za opieką naprzemienną? Regularny kontakt dziecka z obojgiem rodziców i realny wpływ obojga rodziców na wychowanie dziecka. Być może opieka naprzemienna, jako podstawowa forma kontaktów rodziców z dzieckiem wpłynęłaby w dłuższej perspektywie na powszechne przyjęcie, że jest to coś normalnego? Dlaczego nie jestem nadal pewna, że jest to najlepsze rozwiązanie? Nie każde dziecko będzie dobrze znosiło przenosiny z domu do domu – od razu powiem, że może lepiej tak, niż stracić bliski kontakt z jednym z rodziców? Bardzo brakuje mi badań psychologicznych nad opieką naprzemienną. Ponieważ takich badań nie ma, trzeba się kierować zdrowym rozsądkiem.
Jak sądzę wśród czytelników bloga nie brakuje zwolenników opieki naprzemiennej, podaję więc adres strony, gdzie można podpisać petycję do Ministra Srpawiedliwości https://www.facebook.com/pieczanaprzemienna/
Powinnam teraz pracować nad pozwem, ale dostałam do mojej wiadomości e-maila klienta wysłanego do żony i zamiast pracować … piszę na blogu.
Dlaczego tak mnie to poruszyło?
Bo to nie pierwszy raz, gdy spotykam się z taką sytuacją. Kiedy matka w czasie kontaktów telefonicznych dziecka z ojcem oferuje rozliczne atrakcje: a to grę komputerową, a to bajkę w telewizji, a to atrakcyjny filmik na komputerze. Nie jest niczym dziwnym (przynajmniej dla osób posiadających dzieci), że dziecko szybko kończy rozmowę i biegnie pooglądać bajeczkę. Dla rodzica, który ma wyznaczoną tylko godzinę w tygodniu na rozmowę z dzieckiem (bo mieszkają na dwóch końcach Polski, a czasem w różnych państwach) to tragedia. Przepraszam, że piszę tak „płciowo”. Nie wykluczam, że podobne „manewry” stosują też ojcowie, ale do tej pory spotykałam się z podobnymi działaniami ze strony płci żeńskiej.
No to zastanówmy się, komu robimy na złość?
Ojcu? Na pewno. Ale czy tylko jemu?
Czy tego chcemy, czy nie – ojcowie są potrzebni dzieciom. Dobrze, przyznaję – zawsze mam w pamięci przypadki skrajne, gdy postępowanie ojca działa na szkodę dziecka. O.k., są też takie przypadki, ale w typowej sytuacji konfliktowej między rodzicami kontakt ojca z dzieckiem jest ważny i potrzebny dziecku. Najlepsze, co rozwodzący rodzice mogą podarować swojemu dziecku, to spokój i miłość. Miłość obojga rodziców. Czas obojga rodziców dla dziecka. Pisałam już kiedyś na moim drugim blogu (www.bezprawaanirusz.pl) o postulatach wysyłanych w Niemczech do rozwodzących się rodziców (można przeczytać Koniec związku – co z dzieckiem). Moim zdaniem warto przeczytać.
Dziecko kocha oboje rodziców bezwarunkowo, za nic. W typowych sytuacjach rodzice (oboje!) też kochają dziecko za nic. Ojcowie nie zastąpią matek (i vice versa), ale są nie mniej potrzebni dziecku. Niosą ze sobą inne wartości, inne wyzwania.
Na dziś tyle. Przepraszam za wzburzenie, ale zależy mi na dzieciach. Dorośli sobie poradzą. Dorośli są często przyczyną kłopotów rodziny, ale dziecko nie jest winne temu, że znalazło się w tak trudnej dla siebie sytuacji. Warto je chronić.
Wznieśmy się ponad konflikt z mężem/żoną i w sprawach dziecka bądźmy przede wszystkim rodzicami, a nie skonfliktowanymi małżonkami. Wiem, że nie jest to łatwe, ale dla dziecka – warto.
Pod moim wcześniejszym wpisem „Wizyta u psychologa w trakcie rozwodu” pojawił się taki komentarz:
Czy wizyta u psychologa faktycznie może zaszkodzić w rozwodzie?
Korzystanie z pomocy psychologa to oczywiście nie jest wstyd, ale czy istnieje możliwość,że mąż podejrzewając, że zasięgam tego typu porady u psychologa czy też psychiatry, może w sądzie złożyć jakiś wniosek żeby sprawdzić czy korzystam z tego typu pomocy, albo sąd będzie chciał mieć wgląd do ewentualnej dokumentacji. Chciałbym mieć pewność,że bez obaw mogę korzystać z każdego wsparcia i nie zostanie to wykorzystane na moją niekorzyść . Przez wzgląd na chorobę psychiczną w mojej najbliższej rodzinie obawiam się że mąż będzie próbował udowodnić, że problem dotyczy również mnie.
Pewnie niejedna osoba zadaje sobie podobne pytanie, więc odpowiem dzisiejszym wpisem.
Moim zdaniem wizyta u psychologa nie powinna zaszkodzić w sprawie rozwodowej (czasem wręcz może pomóc). Czy strona przeciwna może próbować wykorzystać informację o terapii psychologicznej przed sądem? Oczywiście, że może. Nie mamy wpływu na działania przeciwnika procesowego. Ważniejsze jest pytanie, czy może to odnieść skutek? Tak, jak pisałam już wcześniej – w typowych sytuacjach: nie.
Ale pojawiło się jeszcze dodatkowe pytanie o chorobę psychiczną w rodzinie. To ja odwrócę pytanie: czy fakt, że mój brat jest alkoholikiem znaczy, że ja też jestem alkoholiczką?
Nie bójmy sie wszystkiego w sądzie. Powiedzieć na rozprawie można wszystko, ale nie każdy argument zostanie przez sędziego uwzględniony. Tu ważne jest doświadczenie życiowe sędziego i logika.
Dziś kolejny wpis wideo z akcentem świątecznym na końcu (w zeszłym roku jeden z czytelników miał pretensję o to, że zaśmiecam newslettera życzeniami, więc w tym roku pogodziłam treść ze świętami :-))
Wszystkiego najepszego!
W ostatnim czasie nie dawałam rady wstawić wpisów (na obu blogach) w założonym przeze mnie cyklu. Powód? Praca. Na co, jak na co, ale na brak pracy (na szczęście) nie mogę się skarżyć… :-).
Ale robię też inne rzeczy (co oczywiście też pochłania trochę czasu), o których napiszę, jak już skończę. Nie chcę uprzedzać wypadków.
Dzisiaj tylko parę słów o wymiarze sprawiedliwości od mniej sympatycznej strony. Jestem już niemłodym adwokatem (choć też jeszcze nie najstarszym :-)) z jakimś tam bagażem doświadczeń. Ale zdarzają się jeszcze sytuacje, które mnie zaskakują i dziwią. Jakiś czas temu w ciągu jednego tygodnia miałam dwie rozprawy z elementem mediacji w tle.
Sytuacja pierwsza: sprawa rozwodowa, z podejrzeniem znęcania się fizycznego nad dziećmi przez przeciwnika (sprawa w prokuraturze). Sąd przez godzinę nakłaniał nas do mediacji i ugody w kwestii kontaktów (żeby ojciec – przypomnę; podejrzewany o znęcanie się nad dziećmi – mógł widzieć się sam na sam z dziećmi). „Nakłaniał” to jest delikatnie powiedziane… I jak jestem mediatorem rodzinnym, nie daliśmy się (ku niezadowoleniu sędziego), bo nie za bardzo jest o czym mediować w tak trudnej sytuacji.
Sytuacja druga z następnego dnia: sprawa o uregulowanie kontaktów i zgoda stron, że chcą mediacji. I co? Godzina nakłaniania przez sędziego do ugody i próba zniechęcenia stron do mediacji, byle szybciej skończyć sprawę. Też nie daliśmy się, ale przyjemnie nie było…
Można dostać schizofrenii? W jeden dzień mediacja jest dobra, na drugi dzień – wręcz przeciwnie. Zdarza się, że sędziowie starają się przeforsować swoją wizję zakończenia sprawy Dopóki robią to w wyroku kończącym sprawę, nie mam uwag. Jeżeli nakłaniają strony do ugody, zakończenia sprawy w określony sposób (przede wszystkim najszybszy z możliwych), to to już nie jest w porządku. Pół biedy, jeżeli trafi się pełnomocnik, który weźmie naciski sędziego na siebie i się nie da, bo interes klienta nie zawsze jest zbieżny z interesem sędziego. Strony, które występują przed sądem same, często się poddają i robią to, co proponuje sędzia.
Czy warto? Jak zwykle, to zależy. Śmiem stwierdzić, że osoba nie znająca prawa może mieć trudności w świadomym podjęciu decyzji. A za złe decyzje najczęściej się płaci. Prawomocnego orzeczenia najczęściej nie można zmienić i pozostaje jedynie żyć z takimi, czy innymi konsekwencjami orzeczenia, na któe się zgodziliśmy, bo sąd tak chciał..




