Niedawno weszła w życie ustawa o pomocy państwa w wychowywaniu dzieci, czyli popularnie nazywane 500+. Zostawiając na boku troskę o finanse państwa w perspektywie następnych lat (a chyba jest się o co martwić), zastanówmy się raczej nad konsekwencjami ustawy – nie wiem, czy w 100% zamierzonymi przez ustawodawcę. Zajmę się tylko niektórymi aspektami – tymi, które mnie interesują ze względu na prowadzoną praktykę adwokacką. To tylko garść refleksji – problemy, które dostrzegłam „na sucho” (wiele pytań z całą pewnością jeszcze się pojawi przy okazji stosowania ustawy), po przeczytaniu ustawy.
Kto jest uprawniony? Matka, ojciec, opiekun faktyczny dziecka (tj. zgodnie z definicją ustawową – osoba faktycznie opiekująca się dzieckiem, jeżeli wystąpiła z wnioskiem do sądu opiekuńczego o przysposobienie dziecka, czyli opiekująca się dzieckiem w preadopcji), albo opiekunowi prawnemu dziecka (szczerze mówiąc prawo nie zna takiego pojęcia, jak „opiekun prawny”, ale można sobie z tym poradzić na zasadzie intuicji. Termin prawny to „opieka”). Jeżeli kilka osób może złożyć wniosek, to komu się wypłaca pieniądze? I tu niespodzianka – temu, kto pierwszy złoży wniosek. Jeżeli jest więcej wniosków, to ośrodek pomocy społecznej będzie oceniał w wywiadzie środowiskowym, kto sprawuje opiekę nad dzieckiem. Szczerze mówiąc – moim zdaniem – ustawodawca pisząc w art. 15 ust. 1 ustawy pisząc o „opiece” miał na myśli raczej pieczę nad dzieckiem, gdyż pojęcie „opieka” oznacza w prawie coś kompletnie innego, niż wynika z sensu tego przepisu. Jeżeli ktoś mi powie, że czepiam się słów, to – tak, czepiam się słów. Prawnicy muszą interpretować ustawy (zwłaszcza te, które nie są „perłą legislacyjną”), a przy tej okazji muszą analizować znaczenie poszczególnych słów. Ważne jest, żeby używać w ustawach słów, które znaczą w całym ustawodawstwie to samo. W innym przypadku należy stworzyć autonomiczną definicję danego słowa na potrzeby tej konkretnej ustawy. Tyle przynudzania o technice legislacji, przepraszam.
Pomijając trudności w określeniu znaczenia słowa „opieka” podstawowy problem polega na tym, że nie wiadomo od ilu dni możemy mówić o „opiece” przez każdego z rodziców. Trudno zatem przewidzieć, jak urzędy będą oceniały pobyt dziecka u jednego z rodziców np. przez dwa dni w tygodniu plus co drugi weekend? Sądzę, że nie było intencją ustawodawcy zakwalifikowanie takiego czasu dziecka z rodzicem, jako „opieki”, ale to tylko moje przypuszczenia. Tak naprawdę dopiero „w praniu” okaże się, jak taka sytuacja będzie traktowana w świetle ustawy. Zakładam (nie powinnam tego zakładać, tylko powinno to być jasne po przeczytaniu ustawy), że chodziło o opiekę naprzemienną, która zresztą także nie jest w prawie w ogóle zdefiniowana (znowu więc nie wiadomo, czy stosunek czasu dziecka z rodzicem np. 8 do 22 w miesiącu jest opieką naprzemienną, czy też nie?).
Ustawa posługuje się tym terminem (opieka naprzemienna) w dwóch sytuacjach: przy definicji rodziny (znów, przez brak definicji, problem nie do rozstrzygnięcia) i przy ustalaniu kwoty świadczenia – przy opiece naprzemiennej. Odwołanie się do opieki naprzemiennej orzeczonej przez sąd jest dość niefortunne, bo rodzi oczekiwanie, że będzie to wprost wynikało z wyroku. Nie widziałam wyroku, w którym wprost nazywano by sposób kontaktów, jako opiekę naprzemienną. Znów zatem kwestię tę będą musieli rozstrzygnąć urzędnicy – nie zazdroszczę.
Co w takim razie z wypłacaniem świadczenia przy opiece naprzemiennej? Moim zdaniem w takim przypadku świadczenie powinno być dzielone między uprawnione osoby proporcjonalnie do czasu spędzanego u każdego z nich.
Przyznam, że pierwsze pytanie, jakie mi się nasunęło po uzyskaniu informacji (jeszcze bez czytania ustawy) o projekcie 500+, to jaki będzie wpływ tych dodatkowych pieniędzy na wysokość alimentów? Tych już zasądzonych i tych, które dopiero czekają na wyrok. Z rozmów z innymi prawnikami wynika, że nie jestem oryginalna w rozmyślaniach nad tym aspektem ustawy :-). Szczerze mówiąc mam wyrobiony pogląd na ten temat, ale wyjątkowo muszę zastosować zasadę „wiem, ale nie powiem”. Jestem adwokatem i muszę reprezentować interes mojego klienta, a nie propagować swoje prywatne prawnicze poglądy. Ujawnienie moich pomysłów zamknęłoby mi drogę do wykonywania zawodu po jednej ze stron sporu, a za bardzo lubię występować przed sądem i przekonywać do racji mojego klienta, żeby z tego świadomie rezygnować.
Ustawa dopiero weszła w życie i – jak zwykle – początki będą trudne. Część odpowiedzi na rodzące się pytania znajdziemy w ustawie, ale dużo większa część będzie rozstrzygana na salach sądowych. I proszę mi wierzyć, prawnicy nie będą się nudzić przy interpretacji ustawy.
P.S.
Zainteresowanych ustawą „500+” odsyłam też do strony http://500-plus.info/
P.S.
No to teraz mogę napisać, jakie jest moje zdanie, gdyż ukazały się pierwsze publikacje prasowe o wpływie 500+ na możliwość obniżenia zasądzonych alimentów (można przeczytać 500+). Dziwię się, że Ministerstwo Sprawiedliwości się dziwi! Taki skutek (możliwość obniżenia alimentów) wynika wprost z ustawy. Bardzo mi przykro. Trzeba myśleć, jak się stanowi prawo powszechnie obowiązujące. Alimenty to system naczyń połączonych. Wbrew pozorom napisanie dobrej (czytaj przemyślanej) ustawy to nie lada sztuka. Przykro tylko, że efekt jest taki, że znów „obrywają” biedniejsi – Ci, którzy nie żyją w zgodnym związku. Zgodne rodziny mają 500 zł ekstra, inni – niekoniecznie.