3
Lip

DOMOWE SPOSOBY NA RATOWANIE ZWIĄZKU

Co mam na myśli pisząc o domowych sposobach na ratowanie związku? Taka mnie dzisiaj naszła refleksja. Co jakiś czas, rozmawiając z klientami słyszę komentarz: zrobiłam/zrobiłem to dla ratowania związku. Bardzo często są to decyzje nieprzemyślane, podjęte pod wpływem impulsu, albo z rozpaczy, czy nadziei. Tak właściwie to nieważne, jakie są pobudki, ważne są skutki.

Przykłady?

Jeżeli mąż/żona mówi ci, że w małżeństwie będzie lepiej, jak podarujesz udział w twojej własnej nieruchomości (wyłącznie twojej), to powinna zapalić ci się czerwona lampka ostrzegawcza. Jeżeli wpadłaś na pomysł (ten pomysł zwykle wpada do głowy kobietom), że wszystko zmieni się między wami, jak urodzi się kolejne dziecko – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki –  to dobrze to przemyśl. Po prostu to zwykle tak nie działa. I żebym była dobrze zrozumiana. Nie mam nic przeciwko rozszerzeniu wspólności majątkowej małżeńskiej. Proszę bardzo, to przecież jest dla ludzi. Uważam po prostu, że takie decyzje powinny być bardzo gruntownie przemyślane. Mam też na myśli to, że małżeństwo albo funkcjonuje (lepiej albo gorzej), albo nie funkcjonuje, ale wtedy doraźne gesty nie dają gwarancji poprawy sytuacji. Nieprzemyślane decyzje niosą za sobą natomiast bardzo często kłopoty. Niejednokrotnie nie da się już zaradzić konsekwencjom decyzji prawnych podjętych w celu ratowania małżeństwa.

Po co w ogóle o tym piszę?

Po to, żeby każdy, kto ma kłopoty w małżeństwie poważnie się zastanowił zanim zacznie działać. Ideałem byłoby, gdyby przedtem udał się do adwokata i zasięgnął informacji, co może się zdarzyć w przyszłości, gdyby jednak do uratowania związku nie doszło. Okropne? Nie – pragmatyczne. Może lepiej być mało romantycznym, ale nie żałować przez resztę życia, że oddało się mężowi/żonie połowę osobistego majątku i oczekiwanych efektów nie było? Jeżeli – tu chwycę się drugiego wspomnianego sposobu – urodziło się kolejne dziecko to oczywiście nie postrzegam tego, jako nieszczęścia. To już zależy od osobistych przeżyć. Ale pewnie lepiej, żeby dziecko nie było sposobem na cokolwiek, ale po prostu było „chciane”. Do głowy przychodzą mi kolejne przykłady – decyzja o adopcji, o in vitro. To wszystko jest dla ludzi i może dać dużo szczęścia, jeżeli decyzja jest wspólna i podjęta z rzeczywistego pragnienia.

Moim osobistym zdaniem lepiej szukać innych dróg rozwiązywania problemów: np. terapii małżeńskiej, mediacji, niż podejmować doraźne i nieprzemyślane decyzje o daleko idących skutkach (często nieodwracalnych) z nadzieją, że cudownie odmienią rzeczywistość.

18
Cze

KARNE ALIMENTY – NOWY ART. 209 k.k.

Karne alimenty to oczywiście przenośnia.  Od 31 maja 2017 r. obowiązuje znowelizowany przepis kodeksu karnego dotyczący niealimentacji (to żargon prokuratorski, ale bardzo trafnie oddaje istotę rzeczy), czyli art. 209 k.k. Jako prawnik zajmujący się na co dzień prawem rodzinnym opuszczę dzisiaj moją strefę komfortu 🙂 i przez chwilę zajmę się prawem karnym.

Na czym polega zmiana art. 209 k.k.?

Brak alimentowania nie musi być już uporczywy. To jest zmiana na korzyść wierzycieli. Pamiętam, gdy przed wieloma laty, jeszcze na aplikacji, sędzia prowadząca sprawę niealimenciarza pouczyła mnie (protokoły nie były nagrywane), żebym powiedziała klientowi, że wystarczy, żeby nawet 10 zł miesięcznie płacił i nie będzie uporczywości. Aktualnie jest też sprecyzowane, że po 3 niezapłaconych świadczeniach (moim zdaniem nie muszą być to 3 miesiące po kolei) dłużnik popełnia przestępstwo i może być ukarany grzywną, ograniczeniem wolności lub karą pozbawienia wolności do 1 roku. Obecnie brak wpłat alimentów nie musi narażać uprawnionego na niemożność zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych. To też uważam za zmianę na plus dla uprawnionego. Sytuacja, w której uprawniony jest narażony na niemożność zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych jest zakwalifikowana osobno z wyższą karą pozbawienia wolności – do 2 lat.

Odkupienie

Co może zrobić dłużnik (niealimenciarz), przeciwko któremu wszczęto postępowanie karne? Ma 30 dni od daty pierwszego przesłuchania w charakterze podejrzanego na zapłatę całej zaległości alimentacyjnej. Jeżeli zapłacinie podlega karze, chyba, że brakiem wpłat alimentów naraził uprawnionego na niemożność zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych. W takim przypadku sąd może odstąpić od wymierzenia kary. Sąd nie ma jednak takiego obowiązku i ostatecznie na decyzję sądu będzie miała wpływ ocena winy i społecznej szkodliwości czynu.

Dobrze, czy źle?

Idea zasadniczo jest słuszna. Przy czym ideę rozumiem w ten sposób, że chciano przymusić niealimenciarzy do płacenia alimentów. Jeżeli chodzi o wykonanie, to pewnie można było ująć przepis zgrabniej. Jakie z tego pojawią się problemy, dopiero się okaże „w praniu”. O negatywnych konsekwencjach nowelizacji art. 209 k.k. można poczytać na – świetnym z resztą blogu sub iudice – tu i tu. Nie pozostaje mi nic innego, jak zgodzić się z autorem cytowanego bloga, choć nie jestem pewna, czy w więzieniach jest duża grupa osób skazanych z art. 209 k.k. Raczej wątpię.

Motywacja do płacenia

Czy przepis będzie motywacją do płacenia alimentów? Nie mam pojęcia. Do tej pory sądy pewnie częściej orzekały karę ograniczenia wolności. Zasadniczo słusznie, bo niby dlaczego utrzymywać pobyt w więzieniu, jeżeli może odpracować karę pracą na cele społeczne. Czas pokaże, czy rodzice zobowiązani do płacenia alimentów przejmą się Zmianą w prawie karnym i zaczną płacić na utrzymanie swoich dzieci. Mam nadzieję, że tak, ale mój racjonalizm sprowadza mnie brutalnie na ziemię i wtedy sobie myślę, że niekoniecznie.

27
Maj

STATYSTYKA – WPISY NAJBARDZIEJ- I MNIEJ POPULARNE

Statystyka królową nauk. Zdarza mi się, że Klienci pytają, czy mam więcej na koncie spraw wygranych i przegranych? Najczęściej moja odpowiedź rozczarowuje – nie wiem. Jestem adwokatem już 14 lat. Kto by to zliczył? Zresztą trzeba by zacząć od definicji sprawy wygranej i przegranej. Dla mnie wygrana to zadowolony Klient. Jeżeli tak to definiujemy, to wydaje mi się, że mam na koncie większość wygranych :-). Mówiąc poważnie, nigdy nie rozumiałam, jakie znaczenie ma statystyka dla jednostki? Można się znaleźć w grupie większej, ale też w mniejszości, a nawet w zbiorze jednoelementowym. Dopiero to ma znaczenie – efekt końcowy dla tej właśnie jednostki.

Dziś trochę o innej statystyce – tej blogowej. Może Cię zainteresuje, że najczęściej czytanym artykułem na blogu jest ten o czasie trwania rozprawy rozwodowej: http://blogrozwod.pl/ile-trwa-sprawa-rozwodowa/ Przeczytało go już ponad 72.000 osób.

Popularne jest też wspólne mieszkanie po rozwodzie: http://blogrozwod.pl/wspolne-mieszkanie-po-rozwodzie/ i jak obliczyć koszt utrzymania dziecka: http://blogrozwod.pl/jak-obliczyc-koszty-utrzymania-dziecka/

Mniej popularne, choć – moim zdaniem – też przydatne to:

MIESZKASZ ZA GRANICĄ I CHCESZ SIĘ ROZWIEŚĆ

UZNAWANIE ZAGRANICZNYCH WYROKÓW ROZWODOWYCH

czy

CO PO OGŁOSZENIU WYROKU

Zachęcam zresztą do szperania po blogu za pomocą wyszukiwarki Z lewej strony pod logo). Całkiem prawdopodobne, że odpowiedź na Twoje pytanie czeka już na Ciebie gdzieś na blogu. Można też  zgłaszać do mnie pomysły na wpisy. Jeżeli tylko wydadzą mi się ciekawe dla szerszego grona odbiorców, to z chęcią zrealizuję zamówienie.

14
Maj

JAK NAPISAĆ POZEW O ROZWÓD BEZ ORZEKANIA O WINIE

Jak napisać pozew o rozwód bez orzekania o winie? Dzisiaj garść porad, ale zanim przejdę do rzeczy, krótka historyjka.

Czy zdarzyło się Wam wsiąść do pociągu do 1 klasy zamiast do drugiej? Mi się to przydarzyło w ostatnim tygodniu. Przez trzy dni z rzędu podróżowałam pociągami: w środę pojechałam do Poznania, w czwartek do Zielonej Góry na rozprawę i z powrotem do Poznania, a z Poznania do Warszawy. Wczoraj wróciłam z Warszawy do Krakowa, aczkolwiek zanim wróciłam do domu spotkałam się z koleżankami i kolegami z podstawówki (serdecznie pozdrawiam VIII a :-)).

Jak to było z tą 1 klasą? Okropnie się wygłupiłam w pociągu do Warszawy :-). Komunikat na peronie ogłosił, że mój wagon jest ostatnim wagonem w składzie. Pociąg przyjechał, a ja karnie pomaszerowałam ciągnąc walizkę do ostatniego (względem lokomotywy) wagonu. Oczywiście nie sprawdziłam numeru wagonu, bo po co? Skoro ostatni, to ostatni. Wsiadłam i mnie zatkało… Takiego wagonu jeszcze nie widziałam: 4 fotele w przedziale, na środku rozkładany stolik, „centrum zarządzania” fotelem na podłokietniku, lampka do czytania nad fotelem. Po prostu ŁAŁ!

Usiadłam, rozgościłam się i byłoby bardzo miło do końca, gdyby nie przyszedł konduktor i uświadomił mi (bardzo elegancko i spokojnie), że to nie moje miejsce. Usiadłam w wagonie 1 klasy (ja, skąpa z urodzenia :-), miałam oczywiście bilet na klasę 2). Jakoś nie pomyślałam (a niby taka inteligentna!), że można podczepić lokomotywę z drugiej strony pociągu…  Po drodze pan rozwożący poczęstunek dodał jeszcze, że usiadłam w klasie biznesowej. No i wszystko się wyjaśniło :-). Grzecznie przeniosłam się do wagonu niższego komfortu, acz przyznam, nie zepsuło mi to humoru. Wręcz przeciwnie – ubawiła mnie ta pomyłka setnie.

Właściwie miałam pisać o czymś innym, ale wpadł mi dzisiaj w ręce pozew rozwodowy (napisany przez profesjonalnego pełnomocnika) i nie wytrzymałam? Przypomniały mi się inne pozwy wywołujące u mnie podobne emocje i musiałam napisać o pozwie bez orzekania o winie. No to garść „rad”.

Jeżeli zależy Ci, żeby dopiec Twojemu mężowi/żonie i w efekcie doprowadzić do ryzyka (czasem niezmiernie wysokiego) rozwodu z orzekaniem o winie napisz koniecznie jakim … (tu wpisz to co uważasz za stosowne) jest Twoja druga (jeszcze) połowa. Napisz koniecznie z detalami i nie opuszczaj co barwniejszych historii.

Pamiętaj, że sędzia czeka z wypiekami na Twarzy na Twój pozew – im dłuższy (ten, który czytam dzisiaj ma tylko kilkanaście stron) tym lepszy. Sędziowie w Polsce mają mało spraw w swoim referacie (tylko paręset) i dlatego cieszą się, jak pozew – podkreślę – bez orzekania o winie jest bogaty w treść. To naprawdę błahostka, że większość przekazanych w pozwie informacji nie ma najmniejszego znaczenia dla sprawy o rozwód bez orzekania o winie.

Powtarzaj kilka razy tę samą informację w różnych miejscach uzasadnienia. Tylko w ten sposób sędzia zapamięta te ważne okoliczności z życia stron. Nie jest też pomysłem od rzeczy ponumerowanie akapitów (idealnie, gdy każde zdanie to nowy akapit). Nie ma to jak uporządkowanie myśli – sędziemu na pewno też łatwiej zrozumieć tak skonstruowanie uzasadnienie.

Jeżeli ktoś się nie zorientował, to spieszę z wyjaśnieniem – moja dotychczasowa wypowiedź to czysta złośliwość i nieprawda. Nie róbcie tak!

Zastanówmy się choć przez chwilę, jaki jest cel osoby składającej pozew o rozwód bez orzekania o winie? Zawsze mi się wydawało, że uzyskanie od strony przeciwnej co najmniej zgody na taką formę rozwodu, ale czasem przy lekturze nabieram wątpliwości. Jeżeli jednak celem jest wyrok orzekający rozwód bez orzekania o winie – warto może przeczytać pozew przed złożeniem i zastanowić, jaki może być odbiór lektury pozwu przez stronę przeciwną? Jeżeli napiszesz, że mąż sikał do zlewu (przepraszam za drastyczny przykład), co wytrącało Cię z równowagi (w sposób absolutnie uzasadniony), to myślisz, że mąż przyjdzie i pokaja się przed sądem? Dla ułatwienia odpowiem – nie! Napisze w odpowiedzi na pozew, że chce rozwodu z Twojej wyłącznej winy, bo zwracałaś się do niego wyłącznie słowami niecenzuralnymi (żeby nie sięgać po bardziej drastyczne przykłady). I żeby było jasne – nie ma znaczenia, czy to jest prawda, czy nie? Papier przyjmie wszystko. Chodzi o emocje. W sprawach rodzinnych przede wszystkim chodzi o emocje. Kto przyjmie spokojnie publiczne oskarżenia (wprawdzie pozew czyta sąd i strona przeciwna, ale to jednak obce osoby), nawet jeżeli są prawdziwe? Celowo podaję przykłady skrajne (za co przepraszam), ale ranga oskarżeń nie jest istotna. Skoro chcesz pokojowego rozwodu, nie wywołuj wojny.

„Naście” stron pozwu o rozwód bez orzekania o winie, really??? Po co? Przecież właśnie nie chcesz, żeby sąd nadmiernie interesował się Twoim życiem prywatnym. Właśnie nie chcesz, żeby sąd drążył, kto jest winny. Sąd i tak będzie pytał w końcowym przesłuchaniu o te kwestie, które mają znaczenie dla sprawy (być może będzie okazja, żeby skrótowo opowiedzieć, jaki naprawdę był mąż/żona). Jeżeli tak, to dlaczego oczekujesz od sędziego, który – zapewniam Cię – nie nudzi się w pracy (bo w większości przypadków ma więcej spraw, niż można w rozsądnym terminie załatwić) – że będzie czytał to, co nie ma najmniejszego znaczenia dla rozstrzygnięcia? Dlaczego nie szanujesz czasu innych ludzi oczekując jednocześnie, że ktoś będzie szanował Twój czas (czy  komuś się podoba długie oczekiwanie pod salą rozpraw – mamy wtedy pretensje, prawda?).

Zmierzam do tego, że nie zawsze należy się cieszyć z obszernego pozwu o rozwód bez orzekania o winie (ja bym nawet zaryzykowała stwierdzenie, że rzadko można się cieszyć z obszernego pozwu ). Musimy założyć z góry, że sędzia to z zasady człowiek inteligentny (inne założenie nie ma po prostu sensu). Skoro tak, to naprawdę wystarczy napisać raz a dobrze. Sędzia zrozumie i zapamięta. Nie trzeba odmieniać tego samego zdania przez przypadki. Spokojnie można unikać sformułowań typu: „wiry, zawirowania i turbulencje” (dla niewtajemniczonych – wszystko oznacza to samo). To nic nie da, poza irytacją inteligentnego czytelnika.

Mam świadomość, że czasem tak skonstruowany (obszerny) pozew przez profesjonalnego pełnomocnika to wyraz najwyższego starania, żeby było dobrze. Ale… Lepsze jest czasem wrogiem dobrego. To nie zbrodnia napisać pozew bez orzekania o winie na 2 strony. Zapewniam, że w takiej objętości mieszczą się wszystkie istotne informacje i jest to bardziej czytelne i dla sądu i dla przeciwnika procesowego. Przy krótkim pozwie jest też – moim zdaniem – większa szansa na akceptację oferty (pozew to w końcu rodzaj oferty dla drugiej strony) przez stronę pozwaną.

Muszę od razu zastrzec, że nie mogę wykluczyć sytuacji, w których całkowicie uzasadniony będzie obszerny pozew o rozwód bez orzekania o winie. Nie ma recept uniwersalnych. Warto jednak dążyć do prostoty. Barok nie jest pożądanym zjawiskiem w prawie.

 

 

 

 

3
Maj

TAŚMY PANI PIASECKIEJ

Ten wpis powstał jeszcze przed weekendem majowym, ale… nie zdążyłam go opublikować przed całkowitym odcięciem się (celowym) na te kilka dni od własnego komputera. Temat przez ten czas nie stracił na aktualności.

Wielkie poruszenie w Polsce spowodowały taśmy z nagraniem zachowania byłego radnego PIS. Słusznie? Słusznie, bo przemoc domowa powinna być piętnowana. Warto pamiętać, że przemoc domowa jest zamknięta w czterech ścianach, a ofiary nie mogą zaoferować tabuna świadków – tych zwykle brak.

Z czym się może spotkać ofiara, która w końcu (a zwykle trwa to dosyć długo) zdecyduje się powiedzieć na zewnątrz, czego doświadcza w domu? Może ze zrozumieniem (oby!), ale ileż razy z pobłażaniem w stylu „jak mąż żony nie bije, to jej wątroba gnije”, albo „bije, to znaczy – kocha”. Rzeczywiście „fajny żarcik”, o ile nie uświadomimy sobie, że przemoc rzeczywiście się zdarza i ktoś niewyobrażalnie cierpi. Pozostawienie takich ludzi bez pomocy to niewybaczalny błąd. Celowo piszę „ludzi”, bo przemoc dotyka i kobiety i mężczyzn.

Nie wnikając w sprawę rozwodową pp. Piaseckich i nie oceniając pobudek opublikowania tych nagrań wydaje mi się, że skutki wsłuchania się całej Polski w „krzyki o miłość” (pozostawię bez komentarza wypowiedź pełnomocnika p. Piaseckiego) pana radnego są dalekosiężne. Publicznie napiętnowano przemoc domową.

Jeżeli ktoś mi powie, że to oczywiste odpowiem – tak, w sferze werbalnej. Niestety fakt, że negatywna ocena takich zachowań jest oczywista nie jest jednoznaczne z tym, że ci, którzy to wiedzą tak nie robią, albo nie pozostają obojętni na cudzą krzywdę. Jeżeli się komuś wydaje, że tego typu przemoc domowa ma miejsce w domach tzw. marginesu społecznego, to to nagranie ten mit całkowicie obala. Zdarza się i w domach biednych i bogatych. I wierzących i ateistów.

Nagłośnienie problemu nie jest niestety jednoznaczne z tym, że ofiary przemocy fizycznej, czy psychicznej mogą liczyć na pomoc. W ostatnim czasie co rusz można się natknąć na informacje o „obcinaniu” dotacji organizacjom pozarządowym świadczącym pomoc osobom doświadczającym przemocy domowej. To, że takie ośrodki nadal funkcjonują – a sprawa pp. Piaseckich pokazuje, że są potrzebne – to zasługa pracowników tych organizacji, którzy poświęcają swój własny czas i angażują się mimo wszystko, żeby pomóc tym, którzy rozpaczliwie tej pomocy potrzebują.

Muszę dodać jeszcze jedno, bo zaczynam obserwować dodatkowy skutek uboczny opublikowanych nagrań. Z jednej strony niektórzy zaczynają się zastanawiać, czy jak zostali nagrani bo klęli, albo używali niecenzuralnych słów mogą być wrzuceni do tej samej szufladki co radny Piasecki i uznani za sprawców przemocy. Z drugiej – inni poczuli wiatr w żagle i wcielają się w rolę ofiary przemocy, bo wydaje im się, że na fali ogólnonarodowego potępienia dla sprawców przemocy łatwiej im będzie przekonać sędziego, że ten drugi małżonek to drań (choć przemocy domowej w związku nie było) i więcej ugrają w postępowaniu sądowym. I jedni i drudzy się mylą. Nie jest moją intencją podlizywanie się sędziom. Znam wieli mądrych sędziów, znam i takich, o których mam opinię, że nie powinni wykonywać tego zawodu. Ale jakoś mam dziwnie zaufanie, że sędziowie orzekający w sprawach rozwodowych są na tyle doświadczeni, że potrafią odróżnić ofiarę przemocy od „farbowanego lisa” (choć oczywiście zawsze istnieje ryzyko pomyłki). Jestem przekonana, że sędziowie w obecnym stanie podwyższonego wyczulenia społecznego na przemoc (niestety pewnie przemijającą) zwiększą czujność w ocenie twierdzeń stron porównujących swoją sytuację do koszmarnych doświadczeń p. Piaseckiej.

15
Kwi

ŚWIĘTA WIELKANOCNE

Miałam mieć wolny piątek, ale życie – jak zwykle – zweryfikowało te plany. Dzięki opóźnieniom i przerwom technicznym w rozprawie w środę skutecznie zawaliły się moje wcześniejsze założenia. Nie udało mi się wykonać zaplanowanej pracy, więc w piątek jednak intensywnie pracowałam.

Poza pracą, w biurze w piątek czekała na mnie świąteczna niespodzianka – dzielę się więc wiosennym nastrojem 🙂

Życzę wesołych Świąt, radości, spokoju i odpoczynku od codziennej bieganiny.

2
Kwi

SPOTKANIE W KRAKOWIE

Od kiedy piszę na blogu staram się pokazać, obok informacji o prawie, moje przemyślenia na temat rozwodu i sytuacji dziecka w rozwodzie. Niedługo będzie okazja do spotkania i osobistej rozmowy. Okazja na razie tylko dla kobiet, ale w późniejszych planach jest także spotkanie dla mężczyzn.

W dniu 27 maja odbędą się warsztaty prowadzone przez Basię BIelanik (o Basi można poczytać tutaj) oraz przeze mnie pt.: „Dziecko w rozstaniu – walczyć, czy rozmawiać”.

Rozstanie (zajęcia przeznaczone są zarówno dla kobiet, które się rozwodzą, dla tych, które nie brały ślubu, a rozstają się z partnerem oraz dal tych, które myślą o rozstaniu lub już się rozstały) to bardzo trudny okres. Moim zdaniem zarówno dla tych osób, które same podjęły tę decyzję, jak i dla tych, które zostały taką decyzją zaskoczone. Pośrodku, między rodzicami jest dziecko.

Naszą intencją (moją i Basi) jest pokazanie zagrożeń, ale też sposobów działania, tak na gruncie prawnym, jak i pozaprawnym, w relacjach międzyludzkich. Chcemy porozmawiać o problemach, które już dotknęły uczestniczki warsztatów, ale także o tych problemach, których się dopiero spodziewają, a które napawają je lękiem.

Dokładny opis wydarzenia oraz bilety można znaleźć na stronie Szkoły Mocy. Serdecznie zapraszam!

Dziecko w rozstaniu – walczyć czy rozmawiać

19
Mar

OPIEKA NAPRZEMIENNA – JASKÓŁKA

Opieka naprzemienna to temat zawsze gorący. Jak uzyskać orzeczenie o opiece naprzemiennej? Na pewno kluczem do sukcesu jest zgoda rodziców, ale i tak czasem można w sądzie uderzyć głową w ścianę…

Jakiś czas temu w dyskusji na fan page-u kancelarii odbyła się dyskusja w wyniku której otrzymałam w wiadomości skan orzeczenia rozwodowego Sądu Okręgowego. Oto ono:

Autor wiadomości bardzo trafnie zaznaczył najważniejsze i najoryginalniejsze elementy tego wyroku. Przyznam, że sprawdziłam w sądzie, czy rzeczywiście takie orzeczenie zapadło. To prawda.

Dlaczego dzwoniłam do sądu?

Pierwszy raz widziałam takie orzeczenie i prawdę mówiąc nie byłam pewna, czy to prawdziwy wyrok. Pani z Biura Obsługi Klienta rozwiała moje wątpliwości. Jestem przekonana, że nie jestem jedynym adwokatem o takich odczuciach na widok tego orzeczenia.

Sąd w dalszej części wyroku (niewidocznej dla czytelników) dotyczącej kontaktów precyzuje zasady tej opieki naprzemiennej (tj. jak długo trwa okres pobytu u każdego z rodziców), terminów wakacji, ferii i świąt. Nowość to nazwanie uregulowania kontaktów w taki sposób wprost opieką naprzemienną.

Druga „nowinka” to kwestia alimentów. Sąd ewidentnie wyszedł poza schematy. Moim zdaniem w sposób dopuszczalny. Od dawna uważam, że pewne obowiązkowe elementy wyroku stosowane przez sądy schematycznie utrudniają ludziom życie, zamiast im pomagać. Pamiętam, kiedyś wnosiłam (za zgodą obu stron), żeby alimenty przez dwa miesiące w roku były niższe – nie dało się… Nie można czynić sądowi zarzutów – orzekł o alimentach i kropka. Można się kłócić, czy kodeks dopuszcza taką formę. Ja się cieszę, że ktoś miał tyle odwagi, żeby zrobić inaczej niż „zwykle”.

Bardzo dziękuję Panu, który udostępnił mi to orzeczenie. Publikuję je przede wszystkim, żeby pokazać i zainteresowanym rodzicom i sędziom, że można (dla rozwiania wątpliwości orzeczenie jest prawomocne).

Dla rozwiania wątpliwości – nie udostępniam bliższych danych dotyczących wyroku. Nie mam takiego upoważnienia.

26
Lut

DOBRO DZIECKA

W każdej sprawie rodzinnej, a więc i w sprawie rozwodowej i o separację sąd ma obowiązek kierować się dobrem dziecka. I tu „zaczynają się schody”.

Czym jest dobro dziecka?

Problem w tym, że to pojęcie nieostre i każdy uczestnik postępowania ma prawdopodobnie nieco inną wizję dobra tego konkretnego dziecka, o które chodzi w procesie. Każdy rodzic postrzega najczęściej dobro dziecka przez pryzmat swojego życia, swoich doświadczeń i swoich planów. Sędzia kieruje się swoimi zapatrywaniami, często podbudowanymi opinią psychologów. Dość powiedzieć, że wizja sędziego może znacznie odbiegać od wizji każdego z rodziców. Może i często odbiega.

Adwokat może mieć jeszcze inną wizję, ale…

Jak to z nami adwokatami jest?

Adwokat jest zobowiązany do reprezentowania interesów swojego Klienta. To sędzia ma być osobą bezstronną, adwokat z zasady (na szczęście dla Klienta) jest stronniczy. Co w takim razie się dzieje, jeżeli mam inną wizję dobra dziecka niż mój Klient? Niejednokrotnie zdarza mi się przedstawiać to moje „zdanie odrębne” Klientowi w czasie rozmowy w kancelarii, w nadziei, że zastanowi się nad tą moją opinią. Ale … nie mam monopolu na mądrość, nie mam doświadczeń mojego Klienta, nie znam dziecka stron itd., itp. Te wszystkie okoliczności mają znaczenie dla podjęcia decyzji. Dlatego właśnie decyzję ostateczną podejmuje Klient, a ja wspieram Klienta w postępowaniu sądowym i pomagam osiągnąć założone cele.

Co mogę jeszcze?

Jestem zwolenniczką mediacji w sprawach rodzinnych. Mediacja daje zwaśnionym rodzicom szansę na znalezienie kompromisu w sprawach dziecka i jestem zdania, że nic lepszego rodzice nie mogą ofiarować swojemu dziecku w obliczu rozpadu rodziny. Porozumienie jest często lepsze niż decyzja sędziego. Po pierwsze jednak obie strony muszą się zgodzić na mediację. Po drugie – znaleźć kompromis. To zwykle bardzo trudne, ale nie niemożliwe.

Co jeżeli rodzice się nie porozumieją w sprawach dziecka?

Wracamy do sądu i każdy rodzic broni swojego stanowiska i swojej koncepcji dobra dziecka. A ja i każdy inny adwokat towarzyszymy naszym Klientom i reprezentujemy ich stanowisko przed sądem. Czy to się komuś podoba, czy nie? Na przeciwniku procesowym zaczynając, a na sądzie kończąc.

12
Lut

PIERWSZY RAZ U ADWOKATA

Większość ludzi, albo nigdy nie była u adwokata, albo wybiera się do kancelarii pierwszy raz.

Czy jest się czym stresować?

Z mojego punktu widzenia nie, ale ja siedzę po drugiej stronie biurka. Oczywiście wiem, że nikt do mnie nie przychodzi z miłymi sprawami. I zgodzę się, że sam temat wizyty nie powoduje, że wizyta staje się łatwiejsza. Mam jedynie na myśli, że nie ma powodu do denerwowania się samą wizytą. Adwokat też człowiek.

Nie musisz się zastanawiać: od czego zacząć? Jeżeli chcesz się dowiedzieć ode mnie ogólnych informacji na temat rozwodu, jakie są możliwości, jakie są konsekwencji, jak to wszystko wygląda w sądzie itp. nie musisz w ogóle opowiadać mi o swojej sytuacji. Jednym słowem to ja „mogę zacząć”, a Ty przez ten czas oswoisz się z kancelarią, nową sytuacją i będziesz mieć czas na zebranie myśli. Wielu moich Klientów przychodzi do mnie z wypisanymi na kartce pytaniami. Wydaje mi się, że to jest dobry pomysł, choć często zdarza się, że po moim „wykładzie” duża część pytań znalazła już swoje odpowiedzi :-). Mimo wszystko lista pytań daje pewność uzyskania odpowiedzi na wszystkie nurtujące Cię pytania. Nie ma głupich pytań. Zależy mi bardzo na tym, żeby po wyjściu ode mnie mój Klient uzyskał wszystkie ważne informacje i rozwiał swoje wątpliwości.

Nie znaczy to, że po zakończeniu spotkania odpowiedź  na pytanie „co dalej” jest już gotowa. Najczęściej nowe informacje wymagają gruntownego przemyślenia przed podjęciem dalszych decyzji. Wizyta w kancelarii – porada prawna – to możliwość dopasowania swojej sytuacji do możliwości prawnych. To także możliwość rozwiania szeregu swoich lęków (najczęściej boimy się tego, czego nie znamy).

Jeżeli byłaś/byłeś chociaż raz u lekarza, to wizyta u adwokata różni się jedynie tym, że posiedzisz u mnie dłużej i nie uzyskasz recepty :-). Cała reszta jest podobna i da się to przeżyć, choć potrafię sobie wyobrazić przyjemniejsze okoliczności i miejsca.