2
Cze

500+ W OPIECE NAPRZEMIENNEJ

Właściwie nie planowałam dzisiaj wpisu na blogu, ale tak już mam, że jak mnie jakiś temat zainteresuje to „nie ma zmiłuj” :-). Przeczytałam właśnie wpis p. Jarosława pod wpisem 500+, KOMU I CO Z TEGO WYNIKNIE tej treści:

Właśnie dostałem Decyzję odmawiającą mi prawa do świadczenia z 500+ na dziecko. W uzasadnieniu – upraszczam  Miejsce zamieszkania dziecka przy matce, pobyt dzieci nieuregulowany przez Sąd orzeczeniem w sprawie opieki naprzemiennej, a jedynie ustalony z matką dzieci”. Stan faktyczny – w wyroku wykonanie władzy rodzicielskiej dla obojga rodziców, zamieszkanie dzieci u matki, dziecko zgodnie z wywiadem środowiskowym i rzeczywistością w każdy poniedziałek i wtorek oraz co drugi weekend u mnie. Oczywiście więcej w ferie, wakacje i święta. Czasami zmieniamy dni jak komuś coś nie pasuje (…).

Zaczęłam się zastanawiać, z czego to może wynikać i bach… spłynęło na mnie olśnienie. Zacznijmy od tego, że zgodnie z art. 5 ust. 2 ustawy o pomocy państwa w wychowywaniu dzieci z dnia 11. lutego 2016 r. (Dz.U. poz. 195) „w przypadku gdy dziecko, zgodnie z orzeczeniem sądu, jest pod opieką naprzemienną obydwojga rodziców rozwiedzionych, żyjących w separacji lub żyjących w rozłączeniu, kwotę świadczenia wychowawczego przysługującą za niepełny miesiąc ustala się, dzieląc kwotę tego świadczenia przez liczbę wszystkich dni kalendarzowych w tym miesiącu, a otrzymaną kwotę mnoży się przez liczbę dni kalendarzowych, za które to świadczenie przysługuje.”

Co z tego przepisu wynika?

Po pierwsze to sąd musi orzec o opiece naprzemiennej obojga rodziców – bardzo mi przykro. Nie widziałam takiego orzeczenia(i wątpię, żeby zobaczyła), bo sąd orzeka w rozwodzie (separacji, lub orzeczeniu o władzy rodzicielskiej i kontaktach) o:

  • władzy rodzicielskiej – przy opiece naprzemiennej sąd orzeka o pozostawieniu władzy rodzicielskiej obojgu rodzicom i ustala miejsce zamieszkania przy jednym z rodziców. Ani słowa o opiece naprzemiennej;
  • kontaktach – albo nie orzeka o kontaktach (bo rodzice spisali porozumienie rodzicielskie, z którego wynika, że będą się porozumiewali na bieżąco, albo szczegółowo określają kontakty i nie ma potrzeby przepisywania tego do wyroku), albo orzeka szczegółowo o kontaktach. Znów – ani słowa o opiece naprzemiennej

Dlaczego sądy są takie „wredne” i orzekając nie piszą w wyroku wprost o opiece naprzemiennej? Choćby dlatego, że nie jest to pojęcie kodeksowe. To wyrażenie potoczne, do tego niedookreślone. Opieką naprzemienną nazywamy sytuację, gdy rodzice opiekują się dzieckiem na zmianę, ale zasadniczo nie wiadomo w jakiej konfiguracji. U jednych to będzie tydzień na tydzień, u innych dwa dni w tygodniu u jednego, reszta u drugiego plus weekendy naprzemiennie. Możliwości można namnażać, ale nikt nie potrafi powiedzieć, jakie są granice opieki naprzemiennej. 1 dzień na 4 plus weekendy? A może 2 dni do 3 plus weekendy? Albo może te dwa przykłady to nie – dopiero tydzień na tydzień?

Co ma począć biedny urzędnik (i nie jest to ironia), od którego oczekuje się, że wypłaci świadczenie 500+ proporcjonalnie? Nie dziwię się, że odmawiają wypłaty, bo są rozliczani ze swoich działań. Nie ma w wyroku wyrażenia opieka naprzemienna? Nie ma świadczenia – proste. Póki nie wypowie się organ wyższej instancji, jak należy postępować w takich sytuacjach, dopóty świadczeń nie będzie. Nie dziwny się. Nie pierwszy raz powtórzę, że ustawy też trzeba umieć pisać i rozumieć wzajemne powiązania między poszczególnymi aktami prawnymi. Nie jest najlepszym pomysłem używanie niezdefiniowanych pojęć. Potem nikt nie wie, co z tym fantem zrobić.

 

Ps.

Panie Jarosławie – bardzo proszę dać znać, jakie były losy Pana odwołania.

29
Maj

PRZESŁUCHANIE STRON W SPRAWIE ROZWODOWEJ

W każdej sprawie dowód z przesłuchania stron jest ostatnim i obowiązkowym dowodem, co oznacza, że sąd najpierw przeprowadza dowody zgodnie z wnioskami stron tj. np. przesłuchuje świadków, przeprowadza dowód z dokumentów, opinii biegłych itp., a dopiero po tym wszystkim, na samym końcu przesłuchuje strony. W sprawach rozwodowych zdarza się, że już na samym początku postępowania sąd przesłuchuje strony, ale jest to przesłuchanie skrótowe (tzw. przesłuchanie informacyjne), dotyczące tylko kwestii najważniejszych dla sądu na tym etapie postępowania, bez wnikania w szczegóły. Nie zastępuję to przesłuchania końcowego – i tak na końcu sprawy sąd przesłucha strony jeszcze raz, tym razem dłużej i dokładniej.

Warto pamiętać, że jakkolwiek sąd nie może przymusić strony do stawiennictwa w sądzie, to jednak w razie nieobecności bez usprawiedliwienia, po wcześniejszym wezwaniu do osobistego stawiennictwa, sąd może nałożyć na nieobecną stronę grzywnę. Jeżeli więc z jakiegoś powodu nie możemy się stawić na rozprawie, warto napisać wcześniej do sądu (do sygnatury swoje sprawy) i wytłumaczyć przyczyny swojej nieobecności.

Odpowiem tu też na pytanie, które od czasu do czasu pada w rozmowie z klientami. Pełnomocnik nie może zastąpić strony na przesłuchaniu. To właściwie jedyna czynność, której nie możemy wykonać za stronę. To pytanie zadają najczęściej osoby mieszkające za granicą, które nie mogą lub nie chcą przyjechać na rozprawę do Polski. Przyjazd do Polski nie jest konieczny, choć z różnych powodów – wskazany. Jednym z rozwiązań jest wniosek o przesłuchanie strony np. w konsulacie, tj. najczęściej w miejscu zdecydowanie bliższym miejscu zamieszkania strony, niż sąd w Polsce.

 

FAMILY LAW EUROPE

Przy okazji dzisiejszego wpisu – trochę „prywaty”. Z przyjemnością prezentuję stronę: http://www.familylaweurope.com/. To międzynarodowy projekt, w którym biorę udział. Koordynatorem jest adwokat Mindaugas Vaičiūnas z Wilna. Zapraszam do odwiedzania strony i zapoznawania się z poszczególnymi kancelariami – profilami adwokatów zajmujących się międzynarodowym i krajowym prawem rodzinnym.

15
Maj

PODZIAŁ MAJĄTKU WSPÓLNEGO – ŚMIESZNO I STRASZNO

Wracam właśnie pociągiem z Warszawy i podziwiam widoki przesuwające się za oknem. Jakie my mamy piękne krajobrazy! Nawet na Mazowszu, choć tu okropnie płasko :-). Ostatnio miałam okazję podróżować trochę pociągami po Szwajcarii i u nas jest zdecydowanie ładniej 🙂 (muszę uczciwie przyznać, że to był marzec, a teraz jest bardziej zielono, ale i tak uważam, że Polska jest piękniejsza). No, ale teraz o prawie.

W ostatnim tygodniu do kancelarii przyszła bardzo sympatyczna para z następującym problemem. Pan otrzymał wniosek sporządzony przez „fachowego” pełnomocnika o podział majątku wspólnego. Pismo sporządzona na 8 stronach (!), dotyczyło trzech składników majątkowych.

I tu mój komentarz: naprawdę więcej nie znaczy lepiej. Są różne szkoły pisania pism procesowych, ale ja wyznaję szkołę „ascetyczną”. Według mnie trudniej jest napisać krótkie, zwarte pismo z klarownymi argumentami niż „lać wodę” przez następne strony o niczym. Są oczywiście pisma, które muszą być obszerne. Prowadzę teraz sprawę o podział majątku wspólnego, w której małżonkowie zgłosili ok. 50 składników majątkowych. Sam spis majątku zajmuje kilka stron, a uzasadnienie z dokładnym opisem, co i dlaczego następne kilka. Nie da się krócej. Jednak treść powinna odpowiadać rzeczywistym potrzebom, a nie być „walką o objętość”.

Wracam do nieszczęsnego wniosku. Brak było we wniosku określenia wartości majątku – wycena pojawiła się w uzasadnieniu, a to ma znaczenie, gdzie i co piszemy w piśmie procesowym. W piśmie wymieniono też ruchomości, które była żona chciała rozliczyć. Nie będę wymieniać wszystkich ruchomości (nawet nie pamiętam całej listy), ale podam przykłady: brodzik z kabiną prysznicową, umywalka, czy też kaloryfery.

Pan miał sporządzić odpowiedź na wniosek i nawet już zaczął pisać, ale jak doszedł do 4 strony zaczął się zastanawiać nad sensem dokładnej odpowiedzi (brawo!). Piszę z wielką sympatią do Pana Klienta, bo udowodnił, że zdrowy rozsądek wystarcza, żeby zacząć się zastanawiać nad znaczeniem dla sprawy majątkowej historii starań o sprzedaż domu, informacji, co strony podzieliły jeszcze przed wniesieniem wniosku (większa część uzasadnienia wniosku) itp., czy też nad sensem rozliczania kaloryferów tak, jakby nie były częścią domu. Brawo jeszcze raz! Pan nie umiał tego nazwać w języku prawniczym (to są części składowe nieruchomości), ale wiedział (a jak wynikało z pisma prawnik – nie (!)), że – na logikę – jak się zdejmie kaloryfery to wartość domu spadnie.

Cóż, było „śmieszno”, bo nie udało się nam zachować powagi przy okazji rozmowy o wniosku, ale też i „straszno”…

Po pierwsze: widziałam już różne pisma procesowe.

Po drugie: wychodzę z założenia, że nie myli się tylko ten, kto nic nie robi.

Ale… nigdy nie spodziewałam się, że zobaczę pismo kierowane do sądu autorstwa prawnika po aplikacji z takimi błędami prawnymi. Nawet, jeśli klient życzy sobie rozliczenia pewnych składników majątkowych (rzeczone nieszczęsne kaloryfery), to prawnik jest od tego, żeby wyjaśnić, dlaczego nie jest to możliwe. Adwokat/radca prawny to nie maszynistka (nie mylić z maszynistą – to oryginalna sytuacja, gdy forma żeńska rzeczownika oznacza coś całkowicie innego niż forma męska 🙂 ) tj. osoba pisząca bezrefleksyjnie to, co się jej podyktuje, ale doradca i „przewodnik” po świecie praw i obowiązków. Trochę to górnolotnie zabrzmiało, ale nie wiem, jak to bardziej obrazowo wyjaśnić.

11
Maj

ROZWÓD ROLNIKÓW – CO TO BĘDZIE???

Czytam od jakiegoś czasu w różnych publikatorów artykuły (np. artykuło wtrącaniu się państwa w rozwody rolników. Uwielbiam 😉 takie alarmujące tytuły. Sensacja jest na pewno, a jak sprawa wygląda w rzeczywistości?

Zacznijmy od tego, że podział majątku (a o to chodzi w istocie rzeczy w artykułach prasowych) nie jest koniecznym elementem wyroku rozwodowego. Sąd Okręgowy prowadzący sprawę rozwodową zajmuje się podziałem majątku jedynie wtedy, gdy strony są zgodne co do:

– składu majątku wspólnego,

– wartości tego majątku oraz

– sposobu podziału

Szczerze mówiąc nie zdarza się to tak często. „Sąd może w wyroku orzekającym rozwód dokonać podziału majątku wspólnego, jeżeli przeprowadzenie tego podziału nie spowoduje nadmiernej zwłoki w postępowaniu”. Jednym słowem wniosek w sprawie rozwodowej o podział nieruchomości rolnej, wymagającej zgody właściwego organu, sąd może (i na pewno to zrobi) pominąć, gdyż niewątpliwie przedłużyłoby to postępowanie. Zatem tytuły prasowe są całkowicie nieuprawnione, a rolnicy mają taką samą możliwość uzyskania rozwodu, jak pozostała część społeczeństwa.

W takim razie, co z tym podziałem majątku wspólnego – nieruchomości rolnej w związku z rozwodem?

Niewątpliwie, tak jak z całym obrotem nieruchomościami rolnymi – będzie trudniej. Nie można jednak powiedzieć, że będzie to całkiem niemożliwe. Może trzeba będzie się bardziej nagimnastykować, ale od tego właśnie są prawnicy :-).

23
Kwi

500+ PO ZIMNYM PRYSZNICU

W zeszłym tygodniu pisałam o programie 500+ (można przeczytać 500+, szersze omówienie różnych aspektów programu znajduje się 500+ info). W krótkim czasie, jeszcze przed otrzymaniem przez kogokolwiek pieniędzy, okazało się (dla niektórych było to niespodzianką, co mnie dziwi), że dodatkowe pieniądze – z założenia mające być przeznaczone na utrzymanie dzieci – są uwzględnianie przez sądy przy zasądzaniu alimentów.

Dlaczego nie powinno to nikogo zaskakiwać?

Artykuł 4 ustawy o pomocy państwa w wychowywaniu dzieci jednoznacznie określa cel świadczenia 500+: „celem świadczenia wychowawczego jest częściowe pokrycie wydatków związanych z wychowywaniem dziecka, w tym z opieką nad nim i zaspokojeniem jego potrzeb życiowych”.

No to teraz przypomnienie, czym jest obowiązek alimentacyjny – to obowiązek dostarczania środków utrzymania, a w miarę potrzeby środków wychowania (art. 128 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego). Brzmi podobnie, prawda? Chodzi o to samo? Dokładnie tak. Nie powinno więc nikogo dziwić, że sądy – zgodnie z zasadami interpretacji przepisów – uwzględniają w wyrokach alimentacyjnych dodatkowe pieniądze pochodzące od państwa na utrzymanie dzieci.

Co się dzieje teraz? Zdziwieni rządzący planują teraz szybką nowelizację ustawy przez wyraźnie wskazanie, że świadczenie wychowawcze oraz będący jego odpowiednikiem dodatek w wysokości świadczenia wychowawczego, nie wpływają na zakres obowiązku alimentacyjnego.

Ja rozumiem, że pierwotne brzmienie ustawy to „nieporozumienie”, bo inna była idea programu, ale … boję się nieprzemyślanych decyzji ustawodawcy.

Tak to już jest, że ktoś później musi interpretować to prawo, które zostanie uchwalone. Jaki widzę problem?

Problem oczywiście nie dotyczy małżonków żyjących zgodnie – ci dostają dodatkowe pieniądze i można kolokwialnie powiedzieć: są do przodu. Tracą ci, którzy się kłócą o alimenty. Tak jest dzisiaj.

Co będzie po uchwaleniu zmiany zakazującej uwzględnianie 500+ przy zasądzaniu alimentów?

Domagając się zasądzenia alimentów trzeba wskazać przed sądem, jakie pieniądze są konieczne na utrzymanie dziecka. Sąd zasądzając alimenty uwzględnia wszystkie potrzeby dzieci (oczywiście według swojego uznania i oceny sytuacji). Zasądza od osoby zobowiązanej określoną kwotę alimentów mającą zapewnić pełne utrzymanie dziecka (wyżywienie, środki czystości, zdrowie, zajęcia dodatkowe, dostęp do kultury itp.). W takim razie na co mają być przeznaczone te dodatkowe pieniądze, skoro wszystkie potrzeby dzieci pokrywają rodzice (sąd bierze je pod uwagę w sprawie alimentacyjnej)? Trzeba przypomnieć, że dziecko ma prawo do życia na tej samej stopie życiowej, co rodzice, trudno mi więc znaleźć w tym konsekwencję i logikę. Co więcej takie postawienie sprawy – zakaz brania pod uwagę 500+ w sprawie alimentacyjnej – łamie dotychczas obowiązujące zasady. Sąd bierze pod uwagę przy wyrokowaniu o alimentach nie tylko zarobki, ale też możliwości zarobkowe. Teraz (po nowelizacji) będzie miał brać pod uwagę możliwości zarobkowe, ale już nie – realne pieniądze otrzymywane na dziecko.

Od razu napiszę, że wiem na jakim świecie żyję i zdaję sobie sprawę, że zasądzane alimenty często nie odpowiadają potrzebom z jednej, a możliwościom z drugiej. Wiem, że każde dodatkowe pieniądze każdemu się przydadzą, a każde dziecko „pochłonie” każdą ilość pieniędzy. Zastanawiam się tylko nad konsekwencjami ustaw, które tak łatwo i tak szybko są tworzone i uchwalane (to nie jest zarzut pod adresem obecnie rządzących. Tak i „drzewiej” bywało, niezależnie od opcji politycznej). System prawa to system naczyń połączonych. Zmiana w jednym miejscu oddziałuje na inne miejsce. To taki mój – nic nieznaczącego adwokata – mały apel, aby rozważnie stanowić prawo i korzystać z wiedzy, doświadczenia różnych środowisk od akademickich, przez adwokatów, radców prawnych, sędziów, na ludziach pracujących „u podstaw”, blisko ludzi kończąc.

 

 

 

10
Kwi

500+, KOMU I CO Z TEGO WYNIKNIE?

Niedawno weszła w życie ustawa o pomocy państwa w wychowywaniu dzieci, czyli popularnie nazywane 500+. Zostawiając na boku troskę o finanse państwa w perspektywie następnych lat (a chyba jest się o co martwić), zastanówmy się raczej nad konsekwencjami ustawy – nie wiem, czy w 100% zamierzonymi przez ustawodawcę. Zajmę się tylko niektórymi aspektami – tymi, które mnie interesują ze względu na prowadzoną praktykę adwokacką. To tylko garść refleksji – problemy, które dostrzegłam „na sucho” (wiele pytań z całą pewnością jeszcze się pojawi przy okazji stosowania ustawy), po przeczytaniu ustawy.

Kto jest uprawniony? Matka, ojciec, opiekun faktyczny dziecka (tj. zgodnie z definicją ustawową – osoba faktycznie opiekująca się dzieckiem, jeżeli wystąpiła z wnioskiem do sądu opiekuńczego o przysposobienie dziecka, czyli opiekująca się dzieckiem w preadopcji), albo opiekunowi prawnemu dziecka (szczerze mówiąc prawo nie zna takiego pojęcia, jak „opiekun prawny”, ale można sobie z tym poradzić na zasadzie intuicji. Termin prawny to „opieka”). Jeżeli kilka osób może złożyć wniosek, to komu się wypłaca pieniądze? I tu niespodzianka – temu, kto pierwszy złoży wniosek. Jeżeli jest więcej wniosków, to ośrodek pomocy społecznej będzie oceniał w wywiadzie środowiskowym, kto sprawuje opiekę nad dzieckiem. Szczerze mówiąc – moim zdaniem – ustawodawca pisząc w art. 15 ust. 1 ustawy pisząc o „opiece” miał na myśli raczej pieczę nad dzieckiem, gdyż pojęcie „opieka” oznacza w prawie coś kompletnie innego, niż wynika z sensu tego przepisu. Jeżeli ktoś mi powie, że czepiam się słów, to – tak, czepiam się słów. Prawnicy muszą interpretować ustawy (zwłaszcza te, które nie są „perłą legislacyjną”), a przy tej okazji muszą analizować znaczenie poszczególnych słów. Ważne jest, żeby używać w ustawach słów, które znaczą w całym ustawodawstwie to samo. W innym przypadku należy stworzyć autonomiczną definicję danego słowa na potrzeby tej konkretnej ustawy. Tyle przynudzania o technice legislacji, przepraszam.

Pomijając trudności w określeniu znaczenia słowa „opieka” podstawowy problem polega na tym, że nie wiadomo od ilu dni możemy mówić o „opiece” przez każdego z rodziców. Trudno zatem przewidzieć, jak urzędy będą oceniały pobyt dziecka u jednego z rodziców np. przez dwa dni w tygodniu plus co drugi weekend? Sądzę, że nie było intencją ustawodawcy zakwalifikowanie takiego czasu dziecka z rodzicem, jako „opieki”, ale to tylko moje przypuszczenia. Tak naprawdę dopiero „w praniu” okaże się, jak taka sytuacja będzie traktowana w świetle ustawy. Zakładam (nie powinnam tego zakładać, tylko powinno to być jasne po przeczytaniu ustawy), że chodziło o opiekę naprzemienną, która zresztą także nie jest w prawie w ogóle zdefiniowana (znowu więc nie wiadomo, czy stosunek czasu dziecka z rodzicem np. 8 do 22 w miesiącu jest opieką naprzemienną, czy też nie?).

Ustawa posługuje się tym terminem (opieka naprzemienna) w dwóch sytuacjach: przy definicji rodziny (znów, przez brak definicji, problem nie do rozstrzygnięcia) i przy ustalaniu kwoty świadczenia – przy opiece naprzemiennej. Odwołanie się do opieki naprzemiennej orzeczonej przez sąd jest dość niefortunne, bo rodzi oczekiwanie, że będzie to wprost wynikało z wyroku. Nie widziałam wyroku, w którym wprost nazywano by sposób kontaktów, jako opiekę naprzemienną. Znów zatem kwestię tę będą musieli rozstrzygnąć urzędnicy – nie zazdroszczę.

Co w takim razie z wypłacaniem świadczenia przy opiece naprzemiennej? Moim zdaniem w takim przypadku świadczenie powinno być dzielone między uprawnione osoby proporcjonalnie do czasu spędzanego u każdego z nich.

Przyznam, że pierwsze pytanie, jakie mi się nasunęło po uzyskaniu informacji (jeszcze bez czytania ustawy) o projekcie 500+, to jaki będzie wpływ tych dodatkowych pieniędzy na wysokość alimentów? Tych już zasądzonych i tych, które dopiero czekają na wyrok. Z rozmów z innymi prawnikami wynika, że nie jestem oryginalna w rozmyślaniach nad tym aspektem ustawy :-). Szczerze mówiąc mam wyrobiony pogląd na ten temat, ale wyjątkowo muszę zastosować zasadę „wiem, ale nie powiem”. Jestem adwokatem i muszę reprezentować interes mojego klienta, a nie propagować swoje prywatne prawnicze poglądy. Ujawnienie moich pomysłów zamknęłoby mi drogę do wykonywania zawodu po jednej ze stron sporu, a za bardzo lubię występować przed sądem i przekonywać do racji mojego klienta, żeby z tego świadomie rezygnować.

Ustawa dopiero weszła w życie i – jak zwykle – początki będą trudne. Część odpowiedzi na rodzące się pytania znajdziemy w ustawie, ale dużo większa część będzie rozstrzygana na salach sądowych. I proszę mi wierzyć, prawnicy nie będą się nudzić przy interpretacji ustawy.

 

P.S.

Zainteresowanych ustawą „500+” odsyłam też do strony http://500-plus.info/

 

P.S.

No to teraz mogę napisać, jakie jest moje zdanie, gdyż ukazały się pierwsze publikacje prasowe o wpływie 500+ na możliwość obniżenia zasądzonych alimentów (można przeczytać 500+). Dziwię się, że Ministerstwo Sprawiedliwości się dziwi! Taki skutek (możliwość obniżenia alimentów) wynika wprost z ustawy. Bardzo mi przykro. Trzeba myśleć, jak się stanowi prawo powszechnie obowiązujące. Alimenty to system naczyń połączonych. Wbrew pozorom napisanie dobrej (czytaj przemyślanej) ustawy to nie lada sztuka. Przykro tylko, że efekt jest taki, że znów „obrywają” biedniejsi – Ci, którzy nie żyją w zgodnym związku. Zgodne rodziny mają 500 zł ekstra, inni – niekoniecznie.

26
Mar

WESOŁYCH ŚWIĄT

e213 (2)

20
Mar

ROZWÓD? ZMIENIŁAM ZDANIE

Pozew złożony, decyzja podjęta i po jakimś czasie … chcemy zmienić zdanie.

Można? Można.

Co więcej, można zmienić zdanie w każdym momencie trwania postępowania. Sąd jest związany za każdym razem ostatnim stanowiskiem procesowym. Mówiąc obrazowo, można zmienić stanowisko kilka razy w czasie jednej rozprawy. Sąd z całą pewnością nie będzie zadowolony i może nieładnie sobie o nas pomyśli, ale nie może powiedzieć, że to już ostatni raz i więcej oświadczeń o zmianie stanowiska nie przyjmie. Oczywiście nie namawiam nikogo do nadużywania uprawnień procesowych. Rozprawa to nie zabawa. Chcę tylko pokazać, że zmiana stanowiska to prawo strony i nie ma się czego obawiać, jeżeli zajdzie taka potrzeba.

Jeżeli porozumiemy się z małżonkiem – już po rozprawie – co do warunków rozwodu np., że jednak rozwodzimy się bez walki, bez orzekania o winie, to trzeba po prostu powiadomić o tym sąd. Teoretycznie można czekać z przekazaniem takiej informacji do rozprawy, ale wcześniejsza – przygotuje sąd, a czasem może nawet przyspieszyć termin rozprawy. Sąd z całą pewnością się ucieszy i nie będzie oczekiwał z wypiekami na twarzy na dowody winy małżonka, o co wcześniej wezwał stronę. Po prostu okoliczności się zmieniły i takie dowody nie są już potrzebne (a czasem są wręcz niewskazane, bo małżonek po przeczytaniu pisma na swój temat z całą gamą zarzutów może stracić zainteresowanie zgodnym rozwodem).

Dzisiaj króciótko, ale i tak „kradnę czas”.

6
Mar

DWA KROKI NAPRZÓD, PIĘĆ W TYŁ

Dziś nietypowo, bo niby o prawie, ale bardziej o mądrości życiowej i wyczuciu sytuacji.

Jakiś czas temu prowadziłam skomplikowaną sprawę rozwodową, w której jednym z poważniejszych problemów były relacje ojca z dzieckiem. A raczej ich brak. Rodzice, co wcale nie jest rzadkością w sparwach rozwodowych, byli bardzo skonfliktowani, na czym oczywiście najbardziej cierpiało dziecko. Sąd ustalił na czas trwania postępowania, na nasz wniosek, kontakty ojca z dzieckiem w obecności kuratora sądowego. Sprawozdania kuratora wykazały, że kontakty ojca z synem przebiegały prawidłowo, dziecko dobrze się czuło z tatą – generalnie wszystko było w porządku. Oprócz jednej kwestii – spięć między rodzicami przy przekazywaniu dziecka. Ze względu na to, że wszystko (prawie) było w porządku po jakimś czasie obie strony zawnioskowały o zwolnienie kuratora z obowiązku uczestniczenia w spotkaniach (przy okazji – za obecność kuratora płaci strona, lub obie strony) – tak się też stało.

Czas płynął i otrzymaliśmy opinię RODK, z której wynikało, że ojciec powinien mieć szerokie kontakty z dzieckiem, w tym z możliwością noclegów dziecka u ojca. W konsekwencji uzyskaliśmy zabezpieczenie kontaktów na czas trwania postępowania z noclegami dziecka u ojca. I co? I dopiero się zaczęło…

Kontakty przestały się odbywać regularnie, dziecko zaczęło się moczyć i zabrudzać kałem – po prostu tragedia. Nawet jeden nocleg nie odbył się zgodnie z postanowieniem sądu. Zdaniem matki winnym takiego stanu rzeczy był wyłącznie ojciec (nie będę przedstawiać mojej opinii na ten temat…). Właściwie, szczerze mówiąc, kontakty w ogóle przestały się odbywać.

Czy sprawa zakończyła się happy endem? O ile w ogóle można mówić o szczęśliwym zakończeniu w sprawie rozwodowej, to mój klient jednak wyszedł z tego impasu.

Jestem zwolenniczką porozumiewania się rodziców w sprawie dziecka. Rozpoczęłam – za zgodą klienta – negocjacje z pełnomocnikiem strony przeciwnej i zaproponowałam klientowi podjęcie próby rozmów z żoną. Nie spodziewałam się jednak aż takich efektów. Klient porozumiał się z żoną i ustalił wszystkie istotne dla rozwodu kwestie, a co najważniejsze uzgodnił kontakty z dzieckiem. Zrezygnował z noclegów syna, za to zaczął się w ogóle widzieć z dzieckiem.

Ktoś może powiedzieć, co to za sukces? Miał już noclegi, cofnął się do punktu wyjścia. To te tytułowe dwa kroki do przodu, pięć w tył.

Ja nie mam wątpliwości, że mój klient wykazał się ogromną życiową mądrością i miłością do dziecka. Życie to nie matematyka. Trzeba czasami umieć ustąpić trochę ze swojego prawa, żeby w przyszłości móc zajść jeszcze dalej. Kurczowe trzymanie się raz zdobytej pozycji nie zawsze musi wyjść na dobre. Oczywiście znam sytuacje, kiedy jedynie przymus, kary i egzekucja odnoszą jakiś skutek. Niestety – wiem o tym dobrze – nie zawsze jest z kim rozmawiać. Jednak dzięki elastycznej postawie mój klient znów zaczął spotykać się z synem (i to od ręki), co jest bezcenne.

Wschodni sąsiedzi mawiają: тише едешь, дальше будешь (wolne tłumaczenie: pokorne ciele dwie matki ssie) i to jest zasada, o której warto pamiętać w sprawach rodzinnych. Nie trzeba jej zawsze stosować, ale na pewno zawsze warto rozważyć.

8
Lut

OPIEKA NAPRZEMIENNA – REZOLUCJA 2079

Przyznam, że dopiero teraz przy okazji czytania zaległego artykułu w Spieglu (Spiegel nr 3 z 2016 r. – tak, pracowicie uczę się jęz. niemieckiego 🙂 ) dowiedziałam się, że Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy przyjęło rezolucję nr 2079 o tytule: Równość i wspólna władza rodzicielska: rola ojców (tekst w jęz. angielskim jest dostępny tu) Muszę uczciwie wskazać, że czujnością wykazali się autorzy strony nocotytato.org.pl, bo już 8. października 2015 r. umieścili na swojej stronie informację i tłumaczenie rezolucji na jęz. polski.
Rezolucja nie obowiązuje w sposób bezpośredni, ale wskazuje cele, do jakich Państwa będące członkami Rady Europy powinny dążyć. Można więc powiedzieć, że opieka naprzemienna jest docelowym modelem kształtowania kontaktów rodziców z dzieckiem w państwach – członkach Rady Europy.
Przyznam, że mój stosunek do opieki naprzemiennej jest wciąż niejednoznaczny. Jakiś czas temu uczestniczyłam w facebookowej dyskusji pod wpisem zachęcającym do podpisywania petycji w sprawie opieki naprzemiennej do Ministra Sprawiedliwości. Napisałam, że ja petycji nie podpiszę (i zdania nie zmieniłam) i – „wywołana do tablicy” – podałam moje wątpliwości. Dyskusja zakończyła się dla mnie w sposób chyba bardziej zaskakujący niż nieprzyjemny. Zostałam pośrednio oskarżona o to (jako osoba zaliczona, zresztą słusznie, do grona adwokatów w Polsce), że jestem przeciwna opiece naprzemiennej (nieprawda), bo w razie jej wprowadzenia przestanę zarabiać na pisaniu zażaleń i generalnie rzecz ujmując – na sporach między rodzicami. Trochę mnie to ubodło, bo staram się – właśnie jako adwokat (i mediator rodzinny) – promować rozwiązywanie sporów w sposób pokojowy. Natomiast zażalenia z finansowego punktu widzenia są dla mnie stratą, gdyż nie pobieram dodatkowego honorarium od każdego zażalenia, a jednak je składam, gdy trzeba 🙂 ).
Pomijając jednak moje osobiste odczucia odnośnie do opisanej konwersacji podsumuję kwestię opieki naprzemiennej tak. Co – moim zdaniem – przemawia za opieką naprzemienną? Regularny kontakt dziecka z obojgiem rodziców i realny wpływ obojga rodziców na wychowanie dziecka. Być może opieka naprzemienna, jako podstawowa forma kontaktów rodziców z dzieckiem wpłynęłaby w dłuższej perspektywie na powszechne przyjęcie, że jest to coś normalnego? Dlaczego nie jestem nadal pewna, że jest to najlepsze rozwiązanie? Nie każde dziecko będzie dobrze znosiło przenosiny z domu do domu – od razu powiem, że może lepiej tak, niż stracić bliski kontakt z jednym z rodziców? Bardzo brakuje mi badań psychologicznych nad opieką naprzemienną. Ponieważ takich badań nie ma, trzeba się kierować zdrowym rozsądkiem.
Jak sądzę wśród czytelników bloga nie brakuje zwolenników opieki naprzemiennej, podaję więc adres strony, gdzie można podpisać petycję do Ministra Srpawiedliwości https://www.facebook.com/pieczanaprzemienna/