23
Kwi

500+ PO ZIMNYM PRYSZNICU

W zeszłym tygodniu pisałam o programie 500+ (można przeczytać 500+, szersze omówienie różnych aspektów programu znajduje się 500+ info). W krótkim czasie, jeszcze przed otrzymaniem przez kogokolwiek pieniędzy, okazało się (dla niektórych było to niespodzianką, co mnie dziwi), że dodatkowe pieniądze – z założenia mające być przeznaczone na utrzymanie dzieci – są uwzględnianie przez sądy przy zasądzaniu alimentów.

Dlaczego nie powinno to nikogo zaskakiwać?

Artykuł 4 ustawy o pomocy państwa w wychowywaniu dzieci jednoznacznie określa cel świadczenia 500+: „celem świadczenia wychowawczego jest częściowe pokrycie wydatków związanych z wychowywaniem dziecka, w tym z opieką nad nim i zaspokojeniem jego potrzeb życiowych”.

No to teraz przypomnienie, czym jest obowiązek alimentacyjny – to obowiązek dostarczania środków utrzymania, a w miarę potrzeby środków wychowania (art. 128 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego). Brzmi podobnie, prawda? Chodzi o to samo? Dokładnie tak. Nie powinno więc nikogo dziwić, że sądy – zgodnie z zasadami interpretacji przepisów – uwzględniają w wyrokach alimentacyjnych dodatkowe pieniądze pochodzące od państwa na utrzymanie dzieci.

Co się dzieje teraz? Zdziwieni rządzący planują teraz szybką nowelizację ustawy przez wyraźnie wskazanie, że świadczenie wychowawcze oraz będący jego odpowiednikiem dodatek w wysokości świadczenia wychowawczego, nie wpływają na zakres obowiązku alimentacyjnego.

Ja rozumiem, że pierwotne brzmienie ustawy to „nieporozumienie”, bo inna była idea programu, ale … boję się nieprzemyślanych decyzji ustawodawcy.

Tak to już jest, że ktoś później musi interpretować to prawo, które zostanie uchwalone. Jaki widzę problem?

Problem oczywiście nie dotyczy małżonków żyjących zgodnie – ci dostają dodatkowe pieniądze i można kolokwialnie powiedzieć: są do przodu. Tracą ci, którzy się kłócą o alimenty. Tak jest dzisiaj.

Co będzie po uchwaleniu zmiany zakazującej uwzględnianie 500+ przy zasądzaniu alimentów?

Domagając się zasądzenia alimentów trzeba wskazać przed sądem, jakie pieniądze są konieczne na utrzymanie dziecka. Sąd zasądzając alimenty uwzględnia wszystkie potrzeby dzieci (oczywiście według swojego uznania i oceny sytuacji). Zasądza od osoby zobowiązanej określoną kwotę alimentów mającą zapewnić pełne utrzymanie dziecka (wyżywienie, środki czystości, zdrowie, zajęcia dodatkowe, dostęp do kultury itp.). W takim razie na co mają być przeznaczone te dodatkowe pieniądze, skoro wszystkie potrzeby dzieci pokrywają rodzice (sąd bierze je pod uwagę w sprawie alimentacyjnej)? Trzeba przypomnieć, że dziecko ma prawo do życia na tej samej stopie życiowej, co rodzice, trudno mi więc znaleźć w tym konsekwencję i logikę. Co więcej takie postawienie sprawy – zakaz brania pod uwagę 500+ w sprawie alimentacyjnej – łamie dotychczas obowiązujące zasady. Sąd bierze pod uwagę przy wyrokowaniu o alimentach nie tylko zarobki, ale też możliwości zarobkowe. Teraz (po nowelizacji) będzie miał brać pod uwagę możliwości zarobkowe, ale już nie – realne pieniądze otrzymywane na dziecko.

Od razu napiszę, że wiem na jakim świecie żyję i zdaję sobie sprawę, że zasądzane alimenty często nie odpowiadają potrzebom z jednej, a możliwościom z drugiej. Wiem, że każde dodatkowe pieniądze każdemu się przydadzą, a każde dziecko „pochłonie” każdą ilość pieniędzy. Zastanawiam się tylko nad konsekwencjami ustaw, które tak łatwo i tak szybko są tworzone i uchwalane (to nie jest zarzut pod adresem obecnie rządzących. Tak i „drzewiej” bywało, niezależnie od opcji politycznej). System prawa to system naczyń połączonych. Zmiana w jednym miejscu oddziałuje na inne miejsce. To taki mój – nic nieznaczącego adwokata – mały apel, aby rozważnie stanowić prawo i korzystać z wiedzy, doświadczenia różnych środowisk od akademickich, przez adwokatów, radców prawnych, sędziów, na ludziach pracujących „u podstaw”, blisko ludzi kończąc.

 

 

 

10
Kwi

500+, KOMU I CO Z TEGO WYNIKNIE?

Niedawno weszła w życie ustawa o pomocy państwa w wychowywaniu dzieci, czyli popularnie nazywane 500+. Zostawiając na boku troskę o finanse państwa w perspektywie następnych lat (a chyba jest się o co martwić), zastanówmy się raczej nad konsekwencjami ustawy – nie wiem, czy w 100% zamierzonymi przez ustawodawcę. Zajmę się tylko niektórymi aspektami – tymi, które mnie interesują ze względu na prowadzoną praktykę adwokacką. To tylko garść refleksji – problemy, które dostrzegłam „na sucho” (wiele pytań z całą pewnością jeszcze się pojawi przy okazji stosowania ustawy), po przeczytaniu ustawy.

Kto jest uprawniony? Matka, ojciec, opiekun faktyczny dziecka (tj. zgodnie z definicją ustawową – osoba faktycznie opiekująca się dzieckiem, jeżeli wystąpiła z wnioskiem do sądu opiekuńczego o przysposobienie dziecka, czyli opiekująca się dzieckiem w preadopcji), albo opiekunowi prawnemu dziecka (szczerze mówiąc prawo nie zna takiego pojęcia, jak „opiekun prawny”, ale można sobie z tym poradzić na zasadzie intuicji. Termin prawny to „opieka”). Jeżeli kilka osób może złożyć wniosek, to komu się wypłaca pieniądze? I tu niespodzianka – temu, kto pierwszy złoży wniosek. Jeżeli jest więcej wniosków, to ośrodek pomocy społecznej będzie oceniał w wywiadzie środowiskowym, kto sprawuje opiekę nad dzieckiem. Szczerze mówiąc – moim zdaniem – ustawodawca pisząc w art. 15 ust. 1 ustawy pisząc o „opiece” miał na myśli raczej pieczę nad dzieckiem, gdyż pojęcie „opieka” oznacza w prawie coś kompletnie innego, niż wynika z sensu tego przepisu. Jeżeli ktoś mi powie, że czepiam się słów, to – tak, czepiam się słów. Prawnicy muszą interpretować ustawy (zwłaszcza te, które nie są „perłą legislacyjną”), a przy tej okazji muszą analizować znaczenie poszczególnych słów. Ważne jest, żeby używać w ustawach słów, które znaczą w całym ustawodawstwie to samo. W innym przypadku należy stworzyć autonomiczną definicję danego słowa na potrzeby tej konkretnej ustawy. Tyle przynudzania o technice legislacji, przepraszam.

Pomijając trudności w określeniu znaczenia słowa „opieka” podstawowy problem polega na tym, że nie wiadomo od ilu dni możemy mówić o „opiece” przez każdego z rodziców. Trudno zatem przewidzieć, jak urzędy będą oceniały pobyt dziecka u jednego z rodziców np. przez dwa dni w tygodniu plus co drugi weekend? Sądzę, że nie było intencją ustawodawcy zakwalifikowanie takiego czasu dziecka z rodzicem, jako „opieki”, ale to tylko moje przypuszczenia. Tak naprawdę dopiero „w praniu” okaże się, jak taka sytuacja będzie traktowana w świetle ustawy. Zakładam (nie powinnam tego zakładać, tylko powinno to być jasne po przeczytaniu ustawy), że chodziło o opiekę naprzemienną, która zresztą także nie jest w prawie w ogóle zdefiniowana (znowu więc nie wiadomo, czy stosunek czasu dziecka z rodzicem np. 8 do 22 w miesiącu jest opieką naprzemienną, czy też nie?).

Ustawa posługuje się tym terminem (opieka naprzemienna) w dwóch sytuacjach: przy definicji rodziny (znów, przez brak definicji, problem nie do rozstrzygnięcia) i przy ustalaniu kwoty świadczenia – przy opiece naprzemiennej. Odwołanie się do opieki naprzemiennej orzeczonej przez sąd jest dość niefortunne, bo rodzi oczekiwanie, że będzie to wprost wynikało z wyroku. Nie widziałam wyroku, w którym wprost nazywano by sposób kontaktów, jako opiekę naprzemienną. Znów zatem kwestię tę będą musieli rozstrzygnąć urzędnicy – nie zazdroszczę.

Co w takim razie z wypłacaniem świadczenia przy opiece naprzemiennej? Moim zdaniem w takim przypadku świadczenie powinno być dzielone między uprawnione osoby proporcjonalnie do czasu spędzanego u każdego z nich.

Przyznam, że pierwsze pytanie, jakie mi się nasunęło po uzyskaniu informacji (jeszcze bez czytania ustawy) o projekcie 500+, to jaki będzie wpływ tych dodatkowych pieniędzy na wysokość alimentów? Tych już zasądzonych i tych, które dopiero czekają na wyrok. Z rozmów z innymi prawnikami wynika, że nie jestem oryginalna w rozmyślaniach nad tym aspektem ustawy :-). Szczerze mówiąc mam wyrobiony pogląd na ten temat, ale wyjątkowo muszę zastosować zasadę „wiem, ale nie powiem”. Jestem adwokatem i muszę reprezentować interes mojego klienta, a nie propagować swoje prywatne prawnicze poglądy. Ujawnienie moich pomysłów zamknęłoby mi drogę do wykonywania zawodu po jednej ze stron sporu, a za bardzo lubię występować przed sądem i przekonywać do racji mojego klienta, żeby z tego świadomie rezygnować.

Ustawa dopiero weszła w życie i – jak zwykle – początki będą trudne. Część odpowiedzi na rodzące się pytania znajdziemy w ustawie, ale dużo większa część będzie rozstrzygana na salach sądowych. I proszę mi wierzyć, prawnicy nie będą się nudzić przy interpretacji ustawy.

 

P.S.

Zainteresowanych ustawą „500+” odsyłam też do strony http://500-plus.info/

 

P.S.

No to teraz mogę napisać, jakie jest moje zdanie, gdyż ukazały się pierwsze publikacje prasowe o wpływie 500+ na możliwość obniżenia zasądzonych alimentów (można przeczytać 500+). Dziwię się, że Ministerstwo Sprawiedliwości się dziwi! Taki skutek (możliwość obniżenia alimentów) wynika wprost z ustawy. Bardzo mi przykro. Trzeba myśleć, jak się stanowi prawo powszechnie obowiązujące. Alimenty to system naczyń połączonych. Wbrew pozorom napisanie dobrej (czytaj przemyślanej) ustawy to nie lada sztuka. Przykro tylko, że efekt jest taki, że znów „obrywają” biedniejsi – Ci, którzy nie żyją w zgodnym związku. Zgodne rodziny mają 500 zł ekstra, inni – niekoniecznie.

26
Mar

WESOŁYCH ŚWIĄT

e213 (2)

20
Mar

ROZWÓD? ZMIENIŁAM ZDANIE

Pozew złożony, decyzja podjęta i po jakimś czasie … chcemy zmienić zdanie.

Można? Można.

Co więcej, można zmienić zdanie w każdym momencie trwania postępowania. Sąd jest związany za każdym razem ostatnim stanowiskiem procesowym. Mówiąc obrazowo, można zmienić stanowisko kilka razy w czasie jednej rozprawy. Sąd z całą pewnością nie będzie zadowolony i może nieładnie sobie o nas pomyśli, ale nie może powiedzieć, że to już ostatni raz i więcej oświadczeń o zmianie stanowiska nie przyjmie. Oczywiście nie namawiam nikogo do nadużywania uprawnień procesowych. Rozprawa to nie zabawa. Chcę tylko pokazać, że zmiana stanowiska to prawo strony i nie ma się czego obawiać, jeżeli zajdzie taka potrzeba.

Jeżeli porozumiemy się z małżonkiem – już po rozprawie – co do warunków rozwodu np., że jednak rozwodzimy się bez walki, bez orzekania o winie, to trzeba po prostu powiadomić o tym sąd. Teoretycznie można czekać z przekazaniem takiej informacji do rozprawy, ale wcześniejsza – przygotuje sąd, a czasem może nawet przyspieszyć termin rozprawy. Sąd z całą pewnością się ucieszy i nie będzie oczekiwał z wypiekami na twarzy na dowody winy małżonka, o co wcześniej wezwał stronę. Po prostu okoliczności się zmieniły i takie dowody nie są już potrzebne (a czasem są wręcz niewskazane, bo małżonek po przeczytaniu pisma na swój temat z całą gamą zarzutów może stracić zainteresowanie zgodnym rozwodem).

Dzisiaj króciótko, ale i tak „kradnę czas”.

6
Mar

DWA KROKI NAPRZÓD, PIĘĆ W TYŁ

Dziś nietypowo, bo niby o prawie, ale bardziej o mądrości życiowej i wyczuciu sytuacji.

Jakiś czas temu prowadziłam skomplikowaną sprawę rozwodową, w której jednym z poważniejszych problemów były relacje ojca z dzieckiem. A raczej ich brak. Rodzice, co wcale nie jest rzadkością w sparwach rozwodowych, byli bardzo skonfliktowani, na czym oczywiście najbardziej cierpiało dziecko. Sąd ustalił na czas trwania postępowania, na nasz wniosek, kontakty ojca z dzieckiem w obecności kuratora sądowego. Sprawozdania kuratora wykazały, że kontakty ojca z synem przebiegały prawidłowo, dziecko dobrze się czuło z tatą – generalnie wszystko było w porządku. Oprócz jednej kwestii – spięć między rodzicami przy przekazywaniu dziecka. Ze względu na to, że wszystko (prawie) było w porządku po jakimś czasie obie strony zawnioskowały o zwolnienie kuratora z obowiązku uczestniczenia w spotkaniach (przy okazji – za obecność kuratora płaci strona, lub obie strony) – tak się też stało.

Czas płynął i otrzymaliśmy opinię RODK, z której wynikało, że ojciec powinien mieć szerokie kontakty z dzieckiem, w tym z możliwością noclegów dziecka u ojca. W konsekwencji uzyskaliśmy zabezpieczenie kontaktów na czas trwania postępowania z noclegami dziecka u ojca. I co? I dopiero się zaczęło…

Kontakty przestały się odbywać regularnie, dziecko zaczęło się moczyć i zabrudzać kałem – po prostu tragedia. Nawet jeden nocleg nie odbył się zgodnie z postanowieniem sądu. Zdaniem matki winnym takiego stanu rzeczy był wyłącznie ojciec (nie będę przedstawiać mojej opinii na ten temat…). Właściwie, szczerze mówiąc, kontakty w ogóle przestały się odbywać.

Czy sprawa zakończyła się happy endem? O ile w ogóle można mówić o szczęśliwym zakończeniu w sprawie rozwodowej, to mój klient jednak wyszedł z tego impasu.

Jestem zwolenniczką porozumiewania się rodziców w sprawie dziecka. Rozpoczęłam – za zgodą klienta – negocjacje z pełnomocnikiem strony przeciwnej i zaproponowałam klientowi podjęcie próby rozmów z żoną. Nie spodziewałam się jednak aż takich efektów. Klient porozumiał się z żoną i ustalił wszystkie istotne dla rozwodu kwestie, a co najważniejsze uzgodnił kontakty z dzieckiem. Zrezygnował z noclegów syna, za to zaczął się w ogóle widzieć z dzieckiem.

Ktoś może powiedzieć, co to za sukces? Miał już noclegi, cofnął się do punktu wyjścia. To te tytułowe dwa kroki do przodu, pięć w tył.

Ja nie mam wątpliwości, że mój klient wykazał się ogromną życiową mądrością i miłością do dziecka. Życie to nie matematyka. Trzeba czasami umieć ustąpić trochę ze swojego prawa, żeby w przyszłości móc zajść jeszcze dalej. Kurczowe trzymanie się raz zdobytej pozycji nie zawsze musi wyjść na dobre. Oczywiście znam sytuacje, kiedy jedynie przymus, kary i egzekucja odnoszą jakiś skutek. Niestety – wiem o tym dobrze – nie zawsze jest z kim rozmawiać. Jednak dzięki elastycznej postawie mój klient znów zaczął spotykać się z synem (i to od ręki), co jest bezcenne.

Wschodni sąsiedzi mawiają: тише едешь, дальше будешь (wolne tłumaczenie: pokorne ciele dwie matki ssie) i to jest zasada, o której warto pamiętać w sprawach rodzinnych. Nie trzeba jej zawsze stosować, ale na pewno zawsze warto rozważyć.

8
Lut

OPIEKA NAPRZEMIENNA – REZOLUCJA 2079

Przyznam, że dopiero teraz przy okazji czytania zaległego artykułu w Spieglu (Spiegel nr 3 z 2016 r. – tak, pracowicie uczę się jęz. niemieckiego :-) ) dowiedziałam się, że Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy przyjęło rezolucję nr 2079 o tytule: Równość i wspólna władza rodzicielska: rola ojców (tekst w jęz. angielskim jest dostępny tu) Muszę uczciwie wskazać, że czujnością wykazali się autorzy strony nocotytato.org.pl, bo już 8. października 2015 r. umieścili na swojej stronie informację i tłumaczenie rezolucji na jęz. polski.
Rezolucja nie obowiązuje w sposób bezpośredni, ale wskazuje cele, do jakich Państwa będące członkami Rady Europy powinny dążyć. Można więc powiedzieć, że opieka naprzemienna jest docelowym modelem kształtowania kontaktów rodziców z dzieckiem w państwach – członkach Rady Europy.
Przyznam, że mój stosunek do opieki naprzemiennej jest wciąż niejednoznaczny. Jakiś czas temu uczestniczyłam w facebookowej dyskusji pod wpisem zachęcającym do podpisywania petycji w sprawie opieki naprzemiennej do Ministra Sprawiedliwości. Napisałam, że ja petycji nie podpiszę (i zdania nie zmieniłam) i – „wywołana do tablicy” – podałam moje wątpliwości. Dyskusja zakończyła się dla mnie w sposób chyba bardziej zaskakujący niż nieprzyjemny. Zostałam pośrednio oskarżona o to (jako osoba zaliczona, zresztą słusznie, do grona adwokatów w Polsce), że jestem przeciwna opiece naprzemiennej (nieprawda), bo w razie jej wprowadzenia przestanę zarabiać na pisaniu zażaleń i generalnie rzecz ujmując – na sporach między rodzicami. Trochę mnie to ubodło, bo staram się – właśnie jako adwokat (i mediator rodzinny) – promować rozwiązywanie sporów w sposób pokojowy. Natomiast zażalenia z finansowego punktu widzenia są dla mnie stratą, gdyż nie pobieram dodatkowego honorarium od każdego zażalenia, a jednak je składam, gdy trzeba :-) ).
Pomijając jednak moje osobiste odczucia odnośnie do opisanej konwersacji podsumuję kwestię opieki naprzemiennej tak. Co – moim zdaniem – przemawia za opieką naprzemienną? Regularny kontakt dziecka z obojgiem rodziców i realny wpływ obojga rodziców na wychowanie dziecka. Być może opieka naprzemienna, jako podstawowa forma kontaktów rodziców z dzieckiem wpłynęłaby w dłuższej perspektywie na powszechne przyjęcie, że jest to coś normalnego? Dlaczego nie jestem nadal pewna, że jest to najlepsze rozwiązanie? Nie każde dziecko będzie dobrze znosiło przenosiny z domu do domu – od razu powiem, że może lepiej tak, niż stracić bliski kontakt z jednym z rodziców? Bardzo brakuje mi badań psychologicznych nad opieką naprzemienną. Ponieważ takich badań nie ma, trzeba się kierować zdrowym rozsądkiem.
Jak sądzę wśród czytelników bloga nie brakuje zwolenników opieki naprzemiennej, podaję więc adres strony, gdzie można podpisać petycję do Ministra Srpawiedliwości https://www.facebook.com/pieczanaprzemienna/

28
Sty

NA ZŁOŚĆ OJCU ODMROŻĘ DZIECKU USZY

Powinnam teraz pracować nad pozwem, ale dostałam do mojej wiadomości e-maila klienta wysłanego do żony i zamiast pracować … piszę na blogu.

Dlaczego tak mnie to poruszyło?

Bo to nie pierwszy raz, gdy spotykam się z taką sytuacją. Kiedy matka w czasie kontaktów telefonicznych dziecka z ojcem oferuje rozliczne atrakcje: a to grę komputerową, a to bajkę w telewizji, a to atrakcyjny filmik na komputerze. Nie jest niczym dziwnym (przynajmniej dla osób posiadających dzieci), że dziecko szybko kończy rozmowę i biegnie pooglądać bajeczkę. Dla rodzica, który ma wyznaczoną tylko godzinę w tygodniu na rozmowę z dzieckiem (bo mieszkają na dwóch końcach Polski, a czasem w różnych państwach) to tragedia. Przepraszam, że piszę tak „płciowo”. Nie wykluczam, że podobne „manewry” stosują też ojcowie, ale do tej pory spotykałam się z podobnymi działaniami ze strony płci żeńskiej.

No to zastanówmy się, komu robimy na złość?

Ojcu? Na pewno. Ale czy tylko jemu?

Czy tego chcemy, czy nie – ojcowie są potrzebni dzieciom. Dobrze, przyznaję – zawsze mam w pamięci przypadki skrajne, gdy postępowanie ojca działa na szkodę dziecka. O.k., są też takie przypadki, ale w typowej sytuacji konfliktowej między rodzicami kontakt ojca z dzieckiem jest ważny i potrzebny dziecku. Najlepsze, co rozwodzący rodzice mogą podarować swojemu dziecku, to spokój i miłość. Miłość obojga rodziców. Czas obojga rodziców dla dziecka. Pisałam już kiedyś na moim drugim blogu (www.bezprawaanirusz.pl) o postulatach wysyłanych w Niemczech do rozwodzących się rodziców (można przeczytać Koniec związku – co z dzieckiem). Moim zdaniem warto przeczytać.

Dziecko kocha oboje rodziców bezwarunkowo, za nic. W typowych sytuacjach rodzice (oboje!) też kochają dziecko za nic. Ojcowie nie zastąpią matek (i vice versa), ale są nie mniej potrzebni dziecku. Niosą ze sobą inne wartości, inne wyzwania.

Na dziś tyle. Przepraszam za wzburzenie, ale zależy mi na dzieciach. Dorośli sobie poradzą. Dorośli są często przyczyną kłopotów rodziny, ale dziecko nie jest winne temu, że znalazło się w tak trudnej dla siebie sytuacji. Warto je chronić.

Wznieśmy się ponad konflikt z mężem/żoną i w sprawach dziecka bądźmy przede wszystkim rodzicami, a nie skonfliktowanymi małżonkami. Wiem, że nie jest to łatwe, ale dla dziecka – warto.

17
Sty

O PSYCHOLOGU RAZ JESZCZE

Pod moim wcześniejszym wpisem „Wizyta u psychologa w trakcie rozwodu” pojawił się taki komentarz:

Czy wizyta u psychologa faktycznie może zaszkodzić w rozwodzie?
Korzystanie z pomocy psychologa to oczywiście nie jest wstyd, ale czy istnieje możliwość,że mąż podejrzewając, że zasięgam tego typu porady u psychologa czy też psychiatry, może w sądzie złożyć jakiś wniosek żeby sprawdzić czy korzystam z tego typu pomocy, albo sąd będzie chciał mieć wgląd do ewentualnej dokumentacji. Chciałbym mieć pewność,że bez obaw mogę korzystać z każdego wsparcia i nie zostanie to wykorzystane na moją niekorzyść . Przez wzgląd na chorobę psychiczną w mojej najbliższej rodzinie obawiam się że mąż będzie próbował udowodnić, że problem dotyczy również mnie.

Pewnie niejedna osoba zadaje sobie podobne pytanie, więc odpowiem dzisiejszym wpisem.

Moim zdaniem wizyta u psychologa nie powinna zaszkodzić w sprawie rozwodowej (czasem wręcz może pomóc). Czy strona przeciwna może próbować wykorzystać informację o terapii psychologicznej przed sądem? Oczywiście, że może. Nie mamy wpływu na działania przeciwnika procesowego. Ważniejsze jest pytanie, czy może to odnieść skutek? Tak, jak pisałam już wcześniej – w typowych sytuacjach: nie.
Ale pojawiło się jeszcze dodatkowe pytanie o chorobę psychiczną w rodzinie. To ja odwrócę pytanie: czy fakt, że mój brat jest alkoholikiem znaczy, że ja też jestem alkoholiczką?
Nie bójmy sie wszystkiego w sądzie. Powiedzieć na rozprawie można wszystko, ale nie każdy argument zostanie przez sędziego uwzględniony. Tu ważne jest doświadczenie życiowe sędziego i logika.

24
Gru

ŚWIĘTA

Cóż, miał być wpis merytoryczny plus życzenia, ale… nie zdążyłam. Piekę, sprzątam itp, czyli robię to, co większość przed świętami :-).
Zdążę jednak życzyć spokoju i odpoczynku

życzenia

23
Gru

OPIEKA NAPRZEMIENNA

Dziś kolejny wpis wideo z akcentem świątecznym na końcu (w zeszłym roku jeden z czytelników miał pretensję o to, że zaśmiecam newslettera życzeniami, więc w tym roku pogodziłam treść ze świętami :-))

Wszystkiego najepszego!